Warsztat zmian

Nic na siłę 

Z jednej strony psychologowie ostatnimi czasy dużo mówią o eksperymentowaniu, szukaniu nowych wrażeń, w skrócie – o wychodzeniu poza strefę własnego komfortu. Z drugiej istnieje taka grupa specjalistów, która torpeduje pomysły osób żądnych wrażeń mówiąc, że po to mamy tę strefę komfortu, by się nie pakować w kłopoty i nie robić czegoś wbrew sobie. I jak często bywa w psychologii, rację mają… obie strony. Ale kiedy właściwe jest wykraczanie poza własne ograniczenia, a kiedy warto schować się i przeczekać bezpiecznie nadchodzącą życiową burzę? Wszystko zależy od kontekstu. Ze strefą komfortu jest trochę jak z prowadzeniem samochodu w różnych warunkach atmosferycznych. Może być tak, że mamy piękny, słoneczny, bezwietrzny dzień. Jadąc w taki dzień autostradą możemy spokojnie dobić do tych przepisowych 140 km/h, o ile oczywiście pozwala na to natężenie ruchu. Z kolei w środku śnieżnej zimy, w trakcie zamieci, gdy widoczność jest bardzo ograniczona, na tej samej autostradzie jazda 70 km/h może być zbyt szybka. Dużo zależy od warunków, w jakich funkcjonujemy. Jeśli postrzegane przez nas warunki dają przestrzeń do rozwoju, praca nad sobą nie będzie stanowiła problemu. W sytuacji, gdy czujemy się zagrożeni, będziemy raczej nastawieni na przetrwanie. Dla każdego warunki będą inne – w zależności od nastroju, okoliczności, etapu życia. Jeszcze kilka lat temu czułam się mocno przytłoczona tym, co działo się w moim życiu; sytuacja zniechęcała mnie do jakichkolwiek prób walki o swoją przyszłość. Dziś mam co prawda inne problemy, ale są równie przytłaczające jak te, których doświadczałam wcześniej. Coś jednak się zmieniło w tym psychologicznym krajobrazie, ponieważ walczę jak lwica o to, by jednak wyjść na prostą. Co takiego zmieniło się, że mimo trudności teraz podjęłam zmagania? Takimi czynnikami, które potrafią otworzyć człowieka na zmianę, są: akceptacja siebie samego i szczerość. Jeśli akceptuję siebie w tym momencie życia, w jakim jestem, nie będę torpedować własnych działań, nie będę sobie wyrzucać błędów z przeszłości, tylko przyjrzę się temu, co mi kiedyś pomogło, co było dobre, a co można zmienić, by osiągnąć cel. Z kolei kiedy jestem w stanie przyjąć, że mam na koncie różne decyzje – i te mądre, i te nienajmądrzejsze – mogę zdobyć się na szczerość. Na nazwanie tego, co siedzi we mnie tu i teraz. Jeśli się czegoś boję, to powiem sobie: jest we mnie strach. Przyznam się przed sobą, że popełniłam głupotę, zwlekając z podjęciem pewnych działań. Że w konkretnej sytuacji zwlekałam, ponieważ kierował mną brak zaufania do Boga, że gdy ja zrobię swoją część, to On wesprze moje działania swoją łaską. To wszystko jest… ludzkie. Normalne. Tak samo, jak „ludzki” i „normalny” jest wzrost duchowy. Gdy nazwę rzeczy po imieniu, to nie zamiatam ich pod dywan, tylko współpracując z Bogiem szukam rozwiązań. To może trochę potrwać. Mogę potrzebować czasu, może się okazać, że muszę pokonać pewną drogę, czegoś się nauczyć by zmierzyć się z sytuacją, która mnie przeraża. Z jednej strony warto pamiętać o podejściu: „nic na siłę”. Z drugiej warto jednak szukać szczerości wobec siebie by zorientować się, czy rzeczywiście kieruje nami lęk, niepewność, obawiamy się pewnych trudności, czy… może po prostu dobrze jest nam tak, jak jest, i wcale nie potrzebujemy zmiany?Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Ludzie, którzy czekają 

Pędzimy gdzieś. Praca, dom, praca, dom, urlop. Wymarzone kilka dni odpoczynku. Biegniemy… Jesteśmy w drodze do samorealizacji, do znalezienia lepszej pracy, do rozwiązania trudnych spraw bieżących, do wzrostu duchowego. W zmęczeniu ograniczamy liczbę kontaktów, opierając się na tych, z którymi relacja zazwyczaj przynosi jakieś korzyści – dobrze spędzony czas, ciekawe rozmowy, rozrywkę etc. Czasem wracamy do starych znajomości, ciekawi, co u kogoś się dzieje. Jak mija życie. Czasem uda się nam z kimś spotkać. Czasem dochodzimy do wniosku, że inni są tak bardzo zajęci, że nie mają czasu, by odnawiać stare znajomości. Są jednak tacy ludzie, którzy czekają. Nie upomną się o relację, ponieważ już nie mają siły. Ci, którzy są w kryzysie. Ci, którzy mają gorszy czas. Którzy z jakichś przyczyn są na uboczu. Mają problemy ze zdrowiem, z pracą, z relacjami. Czasem nie potrafią, a czasem nie widzą sensu, by znów mówić: „pomóż” i nie być usłyszanym. Czasem wciąż mówią – ale dookoła są ludzie, którzy nie chcą słuchać. Nadzieja znowu gaśnie. Relacje można traktować bardzo instrumentalnie. Teraz potrzebuję z kimś się spotkać, to spotkam się. Bo ja tego chcę. Druga osoba jest w kryzysie? Znajdę kogoś innego, kto będzie mi towarzyszył w dobrej zabawie. Albo kogoś innego, kto będzie dla mnie „uchem”, które słucha. Nieważne, czy ma siły, czy ma przestrzeń do słuchania, czy chce słuchać. Można traktować relacje transakcyjnie. Ja Cię wysłucham, oczekując, że w kryzysie Ty też będziesz obok. Ja zrezygnuję z czegoś, co dla mnie ważne, następnym razem Ty zmienisz plany. Tutaj pojawia się wymiana informacji, świadomość potrzeb, więcej wolności i więcej szacunku. Są jednak relacje, w których nie wiemy, jak postąpić. Z których uciekamy. Część z nich to relacje toksyczne i wyjście z nich jest jak najbardziej zdrowe i pożądane. Są jednak takie relacje, które po prostu stanowią wyzwanie. Wyzwanie, z którym nie chcemy się mierzyć, mając ciekawsze rzeczy do zrobienia. A ludzie czekają. Niekoniecznie starsze panie, schorowane, siedzące w domu. To może być Twoja koleżanka czy kolega z pracy. Nastoletnia kuzynka. Znajomi poznani w fundacji, na rekolekcjach, przy innej okazji. Ludzie na pozór dający sobie radę z życiem. Ale w środku czekający na obecność. Czasem wystarczy obecność. Czasem wystarczy wysłuchanie. Czasem wystarczy, by zrezygnować z własnego postrzegania, jak powinna wyglądać relacja, wejścia w świat drugiej strony. Nie trzeba porad – oni wiedzą, jak sobie poradzić. Radzą sobie od lat, na swój sposób. Czekają na człowieka, który usłyszy. I radość, i smutek, i ból, i bezsilność, i zachwyt, i wiele więcej. To ludzie, od których możemy się wiele nauczyć, ale nie podchodzimy do nich. Nie próbujemy wejść w relację. Bo to wymaga pokory ucznia w świecie, w którym wolimy być ekspertami. Ludzie, którzy czekają. Znajdziesz ich? Spróbujesz dać Bogu przestrzeń, by przemieniał Ciebie właśnie w takich relacjach?… Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Gdzie jest Twój dom? 

Dom zazwyczaj kojarzy się nam z miejscem. W zależności od okoliczności jest tam przytulnie albo strasznie; chcemy tam wracać bądź stamtąd uciekamy, im dalej tym lepiej. Dom ma określony adres i chcemy w nim widzieć konkretnych ludzi. Gdy czujemy, że nie mamy domu, nawet jeśli fizycznie mamy gdzie spać, w życie wkrada się bezsens. 

Można nie mieć domu na różne sposoby. Przeprowadzając się do innego miasta można mieć poczucie bycia wyrwanym z korzeniami. Wiedząc, że wynajmuje się pokój czy mieszkanie, można czuć nieustającą tymczasowość. Los czasem rzuca nas z miejsca na miejsce. W jednym jesteśmy nieco krócej, w innym może nawet zagrzejemy miejsce na trochę dłużej. Ostatecznie kwestia domu rozbija się o ilość spakowanych na koniec kartonów i konieczność wynajęcia (bądź nie) firmy przeprowadzkowej. Nowi współlokatorzy, nowe meble, nowe rozwiązania, stare problemy.

Można też wracać do mieszkania, ale czuć się obcym. Nie mieć o czym porozmawiać z własną rodziną, bądź nie mieć jej wcale. Albo mieć i nie mieć. Fizycznie mieć z kim porozmawiać, ale czuć się tak bardzo oddzielonym. Przez własne myśli, doświadczenia. Czuć ogrom niezrozumienia. Nie zawsze dlatego, że ktoś nie chce. Często dlatego, że nie potrafi, nie ma narzędzi, by się z nami porozumieć. Sami często nie potrafimy się porozumiewać, gdy w grę wchodzą rzeczy dla nas ważne.

I tak lądujemy tam, gdzie się przeprowadzam. Gdzie na łóżku składającym się z trzech kołder i kawałka gąbki czuję się, jak u siebie w domu. Mój dom jest również tu, gdzie teraz piszę ten tekst — tu akurat śpię na materacu, mam ogromny bałagan i Babcię, która właśnie choruje. Jest jeszcze dom rodzinny, gdzie wciąż zawsze mogę zawitać i gdzie wciąż jest wiele moich rzeczy.

To jest mój dom nie dlatego, że są tu określone osoby. Że są określone rzeczy. Że jest pewna atmosfera (bądź jej nie ma). Gdy wyjechałam do Wielkiej Brytanii i mieszkałam w benedyktyńskim klasztorze też czułam się jak w domu. Podobnie jak u otwartej na gości pani Irenki w Londynie, w Loretto koło Wyszkowa czy w Tyńcu, gdzie czasem znikam odpocząć.

Nie było tak zawsze. Bo dla mnie dom musiał mieć określony metraż, ludzi, z którymi zawsze mogę się dogadać, przytulne firanki — zazdrostki i rolety (bez karniszy, proszę!). Aż wreszcie przyszedł moment, gdy odkryłam, że to wszystko to są narzędzia. Na zewnątrz szukam tego, co chciałabym mieć w środku. Akceptację. Spokój. Obecność. Troskę. I szukam ludzi, którzy sobą zalepią moje rany, pokonają moje trudności.

Do pewnego momentu szukamy domu na zewnątrz. Odpowiednie miejsce, odpowiedni wystrój. Potem zaczynamy opierać się na ludziach — budujemy i umacniamy relacje. Gdzieś na tej trasie nie raz pojawia się możliwość by odkryć, że najwięcej zależy od nas samych. Od tego, czy czujemy się dobrze nie w danym miejscu, nie z innymi — choć to też ważne — lecz ze sobą samym.

Jeśli tak jest, to gdziekolwiek pójdziemy, będziemy się czuć „jak u siebie w domu”. To, co na zewnątrz, nie będzie już aż tak ważne.

Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Nowe okulary 

Ostatnio dużo się dzieje w moim życiu. Mam nakreślony cel, ale często łapię się na tym, że jestem sfrustrowana. Tracę siły zastanawiając się nad tym, na co nie mam wpływu. Buntując się: tak nie powinno być… Choć wiem, że to jest na ten moment moje miejsce, tu mam być, tu mam toczyć swoje zmagania. A może warto zadać sobie nieco inne pytania? Zamiast: „czemu ja, dlaczego jest tak ciężko” zadać pytania: „po co to wszystko się dzieje, co mogę z tym zrobić”? I to najważniejsze: „w jaki sposób mogę odpowiedzieć na Boże wezwanie w tych konkretnych sytuacjach?” Szukając odpowiedzi można przyjąć dwa modele funkcjonowania: zorientowanie na cel lub zorientowanie na proces. Oba bardzo cenne, o ile… stosowane równolegle i z umiarem. Skrajne zorientowanie na cel może sprawić, że zapominamy o innych, ważnych sprawach. Oczywiście, są sytuacje, gdy angażujemy się całkowicie w daną aktywność, by jak najszybciej osiągnąć cel. Intensywnie uczymy się przed sesją; niedosypiamy, by zdążyć na czas z ważnym projektem; w sytuacji kryzysowej angażujemy się tylko w sprawy wymagające pilnie naszej obecności. O wiele częściej jednak naszym celem tłumaczymy swoje zachowanie: brak empatii, zaniedbanie obowiązków nie związanych z tym, co chcemy osiągnąć, rzucanie kłód pod nogi innym. Bywa, że nie skupiamy się na tym, w jaki sposób osiągamy cel, nie zastanawiamy się nad potrzebami innych osób, nad ich pragnieniami. „Nasze” zawsze przeważa na szali. Nawet nie próbujemy szukać rozwiązań, na których mogliby skorzystać wszyscy zainteresowani – ma być po mojemu… Spojrzenie na cel ma również dobre strony. Gdy brakuje nam sił, gdy zaczynamy gubić się po drodze, gdy trudności zdają się nas przytłaczać. W takiej sytuacji pamięć o tym, dokąd chcemy dojść pozwoli przypomnieć sobie, czemu właściwie wybraliśmy taki, a nie inny cel? Jak wiele już zrobiliśmy, by go osiągnąć? Co z tego, co zrobiliśmy, działa? Czy mam teraz podjąć jakieś działanie, czy poczekać? Takie podsumowanie potrafi wiele zmienić w sytuacji kryzysowej. Z kolei zorientowanie na proces, na to, jakie działania podejmujemy, pomaga odczuć radość na drodze, którą podążamy oraz pozwala spojrzeć szerzej na sytuację. Każde nasze działanie dotyka w jakiś sposób innych ludzi. W każdej życiowej sytuacji możemy szukać takich rozwiązań, które będą dobre dla nas i dla innych. Jeśli organizuję przeprowadzkę, mogę myśleć tylko o sobie i swoich potrzebach, a mogę zrobić to w innym czasie, szanując również plany innych osób z rodziny. Cel w każdym z przypadków zostanie osiągnięty – za każdym razem w zupełnie innej atmosferze. Koncentracja na procesie to dbałość o to, by docenić wkład innych, ale i o to, byśmy my sami wzrastali. Byśmy pewne sprawy załatwiali inaczej. Byśmy szukali innych rozwiązań. Trzeba jednak uważać na pułapkę perfekcjonizmu. Za bardzo koncentrując się na tym, by proces przebiegał jak najlepiej, możemy zgubić z oczu cel. Może się również wydarzyć, że zaczniemy za bardzo zwracać uwagę na innych i na ich potrzeby, zaniedbując naszą przestrzeń. Wtedy przypomnienie sobie o celu i ocena wykorzystanych środków może nam uświadomić, co w danej sytuacji jest „nasze” i czego my chcemy. Takie okulary z odpowiednio dostosowanymi soczewkami pozwolą patrzeć w dal (cel) i przyglądać się rzeczom z bliska (proces). Mając tak ustawione spojrzenie, łatwiej będzie zobaczyć, gdzie jest to „nasze” miejsce w życiu i co możemy zrobić, by je odnaleźć albo by wciąż w nim być – z radością. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Czy zbawienie mi się należy? 

Jako ludzie mamy duży problem z tym, co jest za darmo. Z jednej strony jesteśmy łasi na wszelakiej maści promocje, gratisy, gadżety. Z drugiej strony, w myśleniu o tym, co otrzymaliśmy bez naszego udziału, wpadamy w różne pułapki.

***
Korytarz, na którym czekam w kolejce do lekarza. Zazwyczaj znajdzie się jedna osoba, która jeszcze nie zmierzyła się z systemem opieki zdrowotnej. Mówi: jestem na tą godzinę. Starzy wyjadacze wiedzą, że godziny są orientacyjne, wiele zależy od tego, o której lekarz pojawi się w przychodzi po obchodzie na oddziale. Niektórzy przyjmują tę informację spokojnie. Inni, jak ja kiedyś, zaczynają się denerwować. „Przecież mam swoje życie, swoje sprawy. Wejście o umówionej godzinie należy mi się!”. Należy mi się, bo jestem przecież biedniejsza niż inni, w trudniejszej sytuacji, prawda? Należy mi się, bo jestem lepsza! A tak naprawdę z tyłu głowy mam lęk, że żeby coś dostać, albo muszę mieć gorzej w życiu niż inni, albo być lepszą od innych.
***
Na studiach mogłabym mieć z powodzeniem ksywkę „Pomagacz”. Człowiek od pomagania. Nie dlatego, że miałam za dużo czasu i energii, choć myślę, że wiele z tych osób było wdzięcznych za pomoc. Pomagałam, żeby zostać dostrzeżoną. Żeby się z kimś zaprzyjaźnić, w myśl zasady: „daj coś od siebie”. Wtedy drugi człowiek uzna, że jestem „fajna”. Zaprzyjaźni się. W życiu duchowym robimy różne sztuczki. Nasza regularna spowiedź, codzienna Eucharystia, ewangelizowanie „w porę i nie w porę” – ile z podejmowanych przez nas działań to są kwestie przemyślane i rozeznane, a ile to próba „załatwienia” zbawienia, po swojemu, na własnych zasadach? Tutaj nie ma czerni i bieli, są szarości, którym warto się przyjrzeć. Jeszcze jakiś czas temu chodziłam codziennie na Eucharystię. Z jednej strony – to był czas niesamowitego umocnienia, który został mi ofiarowany, bym teraz mogła owocnie zmagać się w już nieco innej sytuacji życiowej. Z drugiej strony widzę teraz, jak bardzo wtedy pilnowałam codziennej Eucharystii dlatego, że byłam przekonana, że od tego zależy, czy Bóg spojrzy na mnie łaskawym okiem. Próbowałam odpokutować swoje dawne niewierności. Samodzielnie. Mi się wydawało, że to jest właściwy sposób. Nawet nie pomyślałam, co na to Bóg?
***
Pułapek w myśleniu może być wiele. Skoro za darmo, to kiepskiej jakości. Albo: ktoś będzie chciał coś w zamian. Ale najwięcej problemów sprawia nam to, że skoro coś jest nam ofiarowane, to nie wypada marudzić. Tracimy kontrolę nad tym, kto i kiedy otrzymuje dany dar, bo nie jest on nasz. Nie możemy go zawłaszczyć, choć i tak w naszym myśleniu go zawłaszczamy. Nie możemy go odmówić innym, choć i tak często odmawiamy, choć to nie my go udzielamy. Nie możemy poczuć się lepsi – choć zdarza się, że właśnie na przynależności do tego a nie innego kościoła budujemy poczucie własnej wartości. Co może się stać, gdy zostawimy to nasze, ludzkie myślenie i zachwycimy się zbawieniem jako otrzymanym darem, na Jego zasadach? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Różnice, które budują 

Każdego dnia naszego życia spotykamy się z innymi ludźmi. Każdy człowiek ma inną historię, inne pasje, inne podejście do różnych tematów – czasem nam bliskie, czasem zupełnie odmienne od naszego. Są sytuacje, w których korzystamy z tych różnic – zamiast sami naprawiać cieknący kran, dzwonimy do hydraulika; gdy jesteśmy chorzy, idziemy do lekarza; kupujemy warzywa w sklepie, korzystając z tego, że hoduje je ktoś inny. Wielokrotnie jednak zamykamy oczy na te różnice, które mogłyby stać się punktem wyjścia dla głębszej refleksji. Ten, kto ma odmienne zdanie w kwestiach, które uznajemy za bardzo dla nas ważne, zbyt często staje się dla nas wrogiem. Koleżanka w pracy, która nie zachowuje czystości przedmałżeńskiej. Kolega, który głosuje na inną partię. Czasem uważamy za gorszego kogoś, kto kibicuje innej niż my drużynie piłkarskiej… Wolność, do której jesteśmy zapraszani, to nie tylko wolność wyboru z kim, kiedy i gdzie nawiązujemy głębszą relację – choć często chcielibyśmy pozostać tylko przy tym jej rodzaju. Wolność to również zgoda na pozostawanie w relacjach, które są dla nas trudne. Odpowiedzialność za tych, którzy są słabsi. Nie chodzi o to, by pakować się na siłę w patologiczne i przemocowe relacje i potem chwalić się własnym poświęceniem. To bycie z ludźmi, którzy rzeczywiście tego potrzebują w sytuacji, gdy rozeznaliśmy że Bóg zaprasza nas do zaopiekowania się nimi. Taka rezygnacja z nas na rzecz słabszego potrafi być przestrzenią niesamowitego wzrostu duchowego. Wolność to także wolność od budowania poczucia własnej wartości w odniesieniu do tego, kim są i co myślą inni ludzie. Często korzystamy z pokusy uczepienia się pewnych zasad, systemu wartości i określania siebie jako osobę lepszą od innych – ponieważ wiernie przestrzegamy takich a nie innych zasad. Brakuje nam ciekawości, szukania odpowiedzi na pytanie: kim jest drugi człowiek, co go inspiruje, czym żyje? Czemu akurat tak, a nie inaczej? Jeśli mamy poczucie, że nasza wartość zależna jest od tego, na ile dobrze przestrzegamy określonych zasad, jesteśmy już krok od zamknięcia się na drugiego człowieka, który może się kierować czymś zupełnie innym niż my. Kurczowo pilnując własnej „porządności” wobec określonego systemu wartości zamykamy się w schematycznym myśleniu. Nasze poglądy ulegają polaryzacji: dostrzegamy białe i czarne, jakby zapominając, że w świecie jest wiele szarości… Pisząc te słowa myślę o wielu osobach spoza kościelnych kręgów, których obecność na przestrzeni ostatnich lat mocno mnie inspirowała i budowała. O współczesnych „celnikach i grzesznikach”, omijających świątynie szerokim łukiem. Jednocześnie ludziach niesamowicie otwartych na drugiego człowieka, pomocnych, wspierających… Trzymamy się kurczowo zasad myśląc, że to kurczowe trzymanie się jest dla nas najbezpieczniejsze. Zapominamy, że zasady są narzędziem, a nie celem. To faryzejskie podejście sprawia, że łatwiej jest nam odmówić godności i wolności wyboru drugiemu człowiekowi; jest inny, nie wie tego, co ja, nie zna życia; muszę go nauczyć, czym jest prawdziwa wiara, prawdziwe zasady… A przecież to, że się różnię od drugiego człowieka, w żaden sposób mi nie zagraża. To ja podejmuję decyzję, za jakimi wartościami podążam. A skoro tak, to nie muszę się bać różnic, mogę potraktować je jako inspirację, jako przestrzeń do przypomnienia sobie, kim jestem i dokąd zmierzam. Różnice nie muszą być postrzegane jako zagrożenie, ale przestrzeń wzrostu. Mogą budować – o ile pozwolisz Bogu, by działał. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Sztuka wyboru własnych bitew 

Żyjemy w wielkim kłamstwie, które ma ogromne skutki psychologiczne. Tym kłamstwem jest wszechobecne nastawienie na sukces. Nie kto inny, tylko Ty musisz być zwycięzcą! Ty i nikt inny. W końcu zwycięzca jest tylko jeden, a jak czasem mawiają w sporcie — zdobyty srebrny medal to stracony złoty… Samo w sobie nastawienie na sukces nie jest złe, o ile mierzone jest w odpowiedni sposób. Jeśli porównujemy się do innych, możemy łatwo wpaść w pułapkę wiecznego niezadowolenia. Podobnie, jeśli porównujemy się do siebie z przeszłości lub szukamy podobieństw do wydumanego ideału siebie. Patrzenie w ten sposób sprawia, że co prawda innych zostawiamy w spokoju (w końcu nie są naszym punktem odniesienia), lecz sami kręcimy się mocno wokół siebie, zaburzając swoją perspektywę. Patrząc na innych, łatwo wpaść w zawiść, patrząc na siebie — w przymus kontroli wszystkiego w drodze dążenia do ideału. Niezależnie od punktu odniesienia (my lub inni), w pewnym momencie zaczynamy mimowolnie wierzyć, że sukces osiągniemy wtedy, gdy będziemy zawsze wygrywać mniejsze i większe wojny, które toczymy. Walka o podwyżkę, o lepsze miejsce parkingowe, o większą zniżkę na zakupach, o to, by mieć rację w dyskusji. Wychodząc z założenia, że „nam się należy”, angażujemy się w wielkie batalie — nie zauważając, że niepostrzeżenie walka staje się naszym życiowym motywem. Już nie miłość, lecz walka o to, co mam lub co mogę posiadać, a do czego dostępu mi bronią — w moim mniemaniu — inni ludzie. Walczymy, a gdy przegrywamy, zamartwiamy się jeszcze bardziej. Gdybyśmy tak na chwilę stanęli, może okazałoby się, że to, o co walczymy, nie jest aż tak ważne? Że nie musimy szukać swojej wartości w tym, że komuś dogadamy, że zaparkujemy dwa metry bliżej sklepu, że wyprzedzimy wolniej jadącego samochodem emeryta. To, co robimy, często sprowadza się do poczucia własnej wartości, a właściwie — osadzenia go w rzeczywistości tego, co robimy, albo czego nie robimy. Nawet w najgorszym człowieku na świecie tkwi potencjał dobra, podobnie, jak najlepszy człowiek nie może być pewien do końca, że nie pobłądzi. Gdyby Bogu zależało na tym, byśmy idealnie wypełniali wszystkie przykazania, nikt z nas nie wszedłby do Królestwa Niebieskiego. Osadzanie poczucia własnej wartości na tym, czy wygrywam, czy przegrywam — czy to w pracy czy w domu, w życiu religijnym czy innym — ostatecznie prowadzi do zatrzymania się na narzędziach, zamiast skupienia na ich Dawcy. Można koncentrować się na innych owcach, na tym, co powinny zrobić, a czego powinny unikać; na tym, by ubiec je w wyścigu o lepszą trawę, by zjeść najwięcej trawy w miesiącu, by być najbliżej Pasterza w nocy w owczarni. Można koncentrować się na sobie, na tym, co ja robię, jak mnie widzą inne owce, jak ja widzę siebie. A można patrzeć na Pasterza. Spojrzenie na Niego sprawia, że dajemy się przemieniać i odpuszczamy wiele bitew. Mądrzej angażujemy swoją energię wiedząc, że nie każdą bitwę wygramy, mało tego, w wiele z nich nie warto się angażować. Jeśli wiem, że jestem ważna dla Pasterza, to przestaję szukać gorączkowo potwierdzeń w codzienności. Jeśli wiem, że On o mnie zadba, przestaję zażarcie walczyć o wszystko. To wycofanie się daje przestrzeń do działania Bogu. I zaczynamy wybierać tylko te bitwy, do których On nas zaprasza, przez które chce nam coś pokazać albo czegoś nas nauczyć. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Na przekór sobie 

Życie potrafi zaskakiwać. Mierzymy się z różnymi sytuacjami, dostrzegamy działanie wielu czynników i często nie możemy być pewni efektów podejmowanych działań. Mamy pewne wyobrażenia, które potem weryfikuje zmienny świat. Na przestrzeni lat wypracowujemy model funkcjonowania dający nam poczucie bezpieczeństwa — w największym możliwym na danym etapie życia stopniu, nie zawsze wystarczającym. Jesteśmy trochę jak koty w eksperymencie u Edwarda Thorndike’a, amerykańskiego psychologa z przełomu wieków XIX i XX. Thorndike zamykał koty w klatkach, z których mogły wyjść, uruchamiając łapą odpowiedni mechanizm. Początkowo koty próbowały różnych sztuczek, aż — metodą prób i błędów — znajdywały sposób, by opuścić klatkę. Początkowo przypadkowo, z czasem jednak uczyły się, w jaki sposób uciec. I my uczymy się, jak uciekać z otaczających nas klatek. Jak radzić sobie z trudnościami. Czasem zdrowiej, czasem mniej zdrowo. Jedni brak awansu topią w kolejnych kieliszkach wódki, inni rozmawiają z szefem, jeszcze inni próbują podnieść swoje kwalifikacje. W rodzinnej kłótni możemy podjąć próbę rzeczowej rozmowy, uciec do drugiego pokoju, albo zaprzeczać istnieniu problemu. W każdej dziedzinie naszego życia napotykamy na sytuacje, w których możemy mieć pewne pojęcie, jak je rozwiązać. W przeciwieństwie do kotów i innych zwierząt, które w niektórych wersjach eksperymentu miały możliwość zobaczyć, jak inne zwierzęta wydostają się z klatek, mamy zdolność kumulowania i przetwarzania o wiele większej wiedzy. Są i inne sytuacje, w którychszukamy rozwiązań metodą prób i błędów. Kiedy jednak dotrzemy do naszej „ryby” na zewnątrz klatki kończymy nasze poszukiwania. Cel został osiągnięty. Thorndike zanotował wiele chaotycznych zachowań zwierząt, które doprowadziły do wydostania się z klatki. W wielu sytuacjach my też zachowujemy się chaotycznie. Sięgamy do starych, sprawdzonych sposobów, które nie zawsze sprawdzają się w nowej sytuacji. A jednak możemy coś więcej. Tylko, że nie zawsze mamy ochotę spróbować. To nie tylko kwestia utartych schematów myślowych dotyczących rozwiązań, ale również naszego obrazu świata, siebie, innych ludzi, postrzeganej przyszłości i przeszłości. Zarzucenie sieci po prawej stronie łodzi, gdy od lat czy nawet pokoleń zarzuca się ją po lewej stronie, może wymagać nie lada odwagi i siły woli. By postąpić na przekór sobie, temu, co myślimy czy czujemy. Koty wychodziły z klatki i mogły zjeść czekającą na nie rybę, ponieważ w swojej szamotaninie robiły coś inaczej. Często przypadkowo, ale jednak wykonywały ruch w taki sposób, że uruchamiały mechanizm otwierający. My z naszą świadomością możemy więcej. Ale czy chcemy? Jedna zmiana pociąga za sobą kolejne. Nam może się wydawać, że nie jesteśmy na to gotowi, że nie da się inaczej. Przygoda życia zakończona, czas wrócić na jezioro i łowić ryby, jak Apostołowie. A jednak w odpowiednim momencie podejmują oni ryzyko. Jak niewiele czasem potrzeba, by zainicjować lub, jak w przypadku Apostołów, niejako przypieczętować zmianę w życiu. Jesteś gotowa / gotowy zarzucić sieci po drugiej stronie burty? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Odważ się spojrzeć inaczej! 

Wiosna przyszła niemalże z dnia na dzień. Drzewa, które jeszcze niedawno przypominały czarne kikuty toną w jasnozielonych listkach. Zbliża się weekend majowy – czas odpoczynku. A wraz z weekendem majowym pojawi się zapewne kolejna odsłona festiwalu narzekania. Wieczne niezadowolenie często jest wypominane Polakom. Można wręcz powiedzieć, że stało się sportem narodowym. Nie wypada być z czegoś zadowolonym. Lepiej narzekać. Powód znajdzie się zawsze. Wiosna przyszła za późno i od razu taka ciepła. Szef jedzie na majówkę, a ja siedzę w robocie. Coś mi nie idzie na studiach, w pracy, w relacjach ze znajomymi, co za czasy, że człowiek nie może normalnie się dogadać. Z naszych narzekań można by było napisać niejedną, długą litanię. W opozycji do powyższej postawy część osób bierze los w swoje ręce i działa, nie zrażając się okolicznościami. Omija skrzętnie etatowych narzekaczy i rzuca się w wir walki. Wykuwa swój los, krok po kroku, czasem zapominając o odpoczynku, o sobie samych; wiecznie pędzą w poszukiwaniu samorealizacji i spełnienia. Pełni uśmiechu, gdy osiągają cel, sfrustrowani, gdy nie wychodzi. Żyją, na swoich warunkach. Pierwsza postawa zwalnia z odpowiedzialności. Narzekacze zwykle szukają winnych poza sobą – w innych ludziach bądź w okolicznościach. Tkwiąc w niej, koncentrujemy się często na tym, czego nie możemy zmienić, uciekając od odpowiedzialności za osobistą zmianę. Podejście wojownika potrafi wrzucić na barki nadmierną odpowiedzialność. Zdarza się, że czynniki od nas niezależne rozbijają nasze plany w pył, a my nie potrafimy się z tym pogodzić. Jednak idąc mądrze tą drogą możemy odkryć, co jest w zasięgu naszych możliwości, a na co nie mamy wpływu. Jest jeszcze trzecia droga, o której w naszym pędzie często zapominamy. Święty Piotr stojąc w grobie widzi pusty grób i złożone chusty. Święty Jan dostrzega jakiś szczegół, który tam jest. Obaj widzą to samo, ale tylko jeden zauważa coś, co kompletnie zmienia sposób myślenia. Na tej trzeciej drodze jesteśmy świadomi pułapek narzekania, ale i tego, że czasem po prostu potrzebujemy ponarzekać. Mamy też dorobek wojownika, świadomość tego, co możemy zrobić, a czego nie jesteśmy w stanie. I mamy to Janowe spojrzenie. Spojrzenie, które z jednej strony widzi okoliczności, z drugiej jednak dostrzega coś więcej. Drobiazgi, których zauważenie sprawia, że wydarzenia nabierają głębszego sensu. Doświadczamy w naszym życiu wielu „szczęśliwych zbiegów okoliczności”, „przypadków”, małych cudów. Rozmów, które sprawiają, że jest nam trochę lżej. Spotkań, które mogą coś zmienić w życiu zawodowym czy prywatnym. Sytuacji, w których katastrofa wydaje się nieuchronna, ale jednak nie wydarza się. Narzekacze nie widzą tych znaków. Wojownicy widzą, ale często nie potrafią ich właściwie zinterpretować. Odważ się spojrzeć inaczej. Jak święty Jan. Spojrzeć i dostrzec to, co inni również widzą, ale na innym poziomie. Te same płótna, ta sama chusta. Tylko w myślach zupełnie inny świat. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Zgoda na bezsilność 

Zaplanowany wyjazd wisi na włosku, bo wygląda na to, że zgłoszenie nie trafiło do organizatorów. Chcę zamknąć projekt ale nie mogę, ponieważ w miejsce jednego zrealizowanego zadania pojawia się kilka kolejnych. Marzyłam o spokojnym czasie przed świętami, a w zamian otrzymałam duchową partyzantkę. Można powiedzieć: na każdym kroku coś się sypie. A jak często Twoje oczekiwania i marzenia rozmijają się z rzeczywistością? Pierwsze w reakcji na sytuację pojawiają się emocje. Szeroki wachlarz — głównie tych negatywnych. Potem przychodzą myśli: trzeba było się nie nastawiać za bardzo na ten wyjazd. Może trzeba popracować nad planowaniem, skoro co i rusz coś mnie zaskakuje? Jak to się stało, że nie przewidziałam, że przed świętami będę miała więcej pracy? Mogłam pamiętać o… W życiu poruszamy się między dwoma skrajnościami: postawą, w której mamy całkowity wpływ na zdarzenia i postawą, w myśl której nie mamy wpływu absolutnie na nic. Psychologia mówi o umiejscowieniu kontroli — wewnętrznym (w nas) lub zewnętrznym (w tym, co się wydarza). Zazwyczaj uznajemy, że mamy wpływ na zdarzenia, gdy idą one po naszej myśli; kiedy coś się nie udaje, zrzucamy winę na okoliczności. Jeśli przyglądamy się uważnie sobie, możemy stwierdzić, do której postawy nam bliżej i zastanowić się, czy rzeczywiście sukces był aż tak zależny od nas i naszych cech, a porażka od czynników zewnętrznych. Zdany egzamin zazwyczaj zawdzięczamy nauce, ale możemy zawdzięczać również temu, że ktoś dał nam przestrzeń do tej nauki (np. przejmując pewne obowiązki domowe na jakiś czas). Z drugiej strony porażkę możemy wyjaśnić pytaniami, które nam „nie podeszły”, albo przyznać szczerze, że nauka dzień przed egzaminem może nie jest najlepszym rozwiązaniem. Można zrobić wiele w kwestii myślenia. Ostatnio jednak odkrywam nowy wymiar zmiany, nie na poziomie myśli, lecz emocji. Za tym naszym myśleniem: „można było zrobić coś inaczej” stoi często poczucie bezsilności wobec nieprzewidzianych zdarzeń. Czasem zaskakujących nas pozytywnie, innym razem negatywnie. Te negatywne sytuacje zazwyczaj wpływają na nas o wiele mocniej. Mając poczucie kontroli, poczucie wpływu czujemy się bezpieczniejsi. Przekonanie, że poradzimy sobie w różnych sytuacjach potrafi działać uspokajająco. Jest jednak wiele sytuacji w życiu, w których bezsilności nie da się całkowicie usunąć z pola widzenia — gdy cierpi ktoś nam bliski, gdy widzimy, że nie mamy już wpływu na jakieś zdarzenie, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Zwykle wtedy zaczynamy targować się z Szefem. A może warto zmierzyć się z tą bezsilnością? Przyjąć ją? Zgodzić się na to, że nie jesteśmy wszechmocni, nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć? Przyjęcie takiego spojrzenia to pierwszy krok do uznania własnych ograniczeń. W codzienności bardzo mocno szukamy potwierdzenia tego, że możemy wiele osiągnąć. Wyjazd pod znakiem zapytania, więcej pracy i trudności duchowe. Mogłabym usiąść i zapłakać — wciąż mam do tego prawo. Próbuję jednak zgodzić się na bezsilność. Nie na wszystko mam wpływ. Mogę podjąć próbę kontroli zdarzeń, by było po mojemu, albo zgodzić się na to, co na zewnątrz i trzymać się swoich zadań. Niezależnie od tego, czy w tle słychać: „Hosanna!” czy „Ukrzyżuj!”. Co może się stać, gdy zobaczymy, że jednak nie wszystko jest w zasięgu naszych możliwości? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Spojrzenie z miłością 

Chcielibyśmy móc zrobić coś więcej. Być lepszymi rodzicami, dziećmi, partnerami, małżonkami, przyjaciółmi. Efektywniej pracować, podejmować lepsze decyzje. W młodości walczymy o ideały i… często dajemy się przygnieść wyzwaniom życia codziennego. Nasze deklaracje idą w zapomnienie, a nas dopada szeroko pojęte „życie”. Przypominam sobie swoje, bardziej „kryzysowe” czasy. Brakowało mi wtedy czegoś, co można określić: „spojrzenie z miłością”. Z zewnątrz, ze strony innych ludzi, ale i z wnętrza, spojrzenie na samą siebie. Oba spojrzenia są ważne i potrzebne, bez obu trudno jest iść do przodu. Nasz obraz siebie kształtujemy między innymi w oparciu o kontakty z innymi ludźmi. Gdy czujemy się ze sobą dobrze, gdy mamy spokojniejsze chwile w życiu to krytyczne słowa drugiego człowieka potrafimy przyjąć z dystansem. W gorszych chwilach te same słowa mogą nas bardzo zranić. Dużo jednak zależy od naszej interpretacji zdarzeń. Możemy zakładać dobrą lub złą wolę u drugiej strony — a w zależności od przyjętej perspektywy, zupełnie inaczej będziemy postrzegać usłyszany komunikat. Bardzo byśmy chcieli być wysłuchani, zrozumiani, przyjęci takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli rozpaczliwie szukamy takiego zrozumienia u drugiego człowieka, możemy wpaść w dwie pułapki. Po pierwsze — poza Bogiem nikt nie jest nam w stanie dać „pełni” akceptacji czy zrozumienia, niezależnie od tego, jak bardzo tego chcemy. Po drugie — miłość objawia się również poprzez pewne wymagania, dystans czy „podnoszenie poprzeczki”. Pozostanie przy jednym, tym przyjemniejszym w odczuciach wymiarze może dać nam miłe odczucia, ale do zmiany często potrzeba równowagi; zarówno przyjaznego, jak i wymagającego spojrzenia. Obie perspektywy składają się na pełnię miłości. Z drugiej strony mamy spojrzenie na siebie samych. Czasem zbyt pobłażliwe, czasem zbyt surowe; w zależności od okoliczności czy ogólnej sytuacji życiowej. Gdy chorujemy i nie mamy możliwości pracować czy uczyć się tak efektywnie jak inni, potrafimy patrzeć na siebie z ogromną niechęcią, nie dopuszczając wyrozumiałości w sytuacji wyjątkowej. Z drugiej jednak strony niekiedy potrafimy miesiącami zwlekać z rozpoczęciem pisania zaległych prac, ze zmianą własnych zachowań, z ważnymi rozmowami, tłumacząc się tym, że „nie jesteśmy w formie” — serwujemy sobie taryfę ulgową w sytuacji, gdy powinniśmy podjąć działanie. Sytuacje są różne i potrzeba czasu by nauczyć się, kiedy które spojrzenie jest nam bardziej potrzebne, kto może nam dać to spojrzenie „przemieniające” — może bardziej surowe na ten moment, może bardziej akceptujące. Czasem potrzeba kogoś, kto poda nam pomocną dłoń. Często wiele zależy od nas, od tego, czy sami przyjrzymy się szczerze temu, co w nas drzemie i zobaczymy, czego teraz potrzebujemy. Warto pamiętać, że zmiana zależy ostatecznie od nas samych. Możemy próbować wpływać na innych ludzi, na to, w jaki sposób z nami rozmawiają, jak nas postrzegają, ale może się okazać, że nasze próby pozostaną bezowocne. To, na co mamy wpływ, to nasze postrzeganie sytuacji — założenie, że za czyimś działaniem stoi życzliwość lub niechęć. Jakiego spojrzenia z miłością potrzebujesz dziś? I co możesz zrobić, by dostrzec spojrzenie z miłością kierowane do Ciebie — choć nie zawsze w taki sposób, w jaki chciałabyś / chciałbyś je otrzymać? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Z ciemności do światła 

Długa droga Syna Marnotrawnego kończy się w ramionach kochającego Ojca. Znając dobrze tę historię zatrzymujemy się przy obrazie radości powrotu i przemiany serc, która – mamy taką cichą nadzieję – sprawia, że na uczcie ostatecznie u boku Ojca pojawiają się obaj bracia. Jednak przełomowe momenty w życiu zazwyczaj poprzedza droga, długa, kręta, niekiedy prowadząca przez egipskie ciemności. Kryzys – życiowa trudność – może stać się bodźcem do głębszej refleksji. Mimo to wiele Córek i wielu Synów Marnotrawnych nie potrafi, nie chce albo nie wie, że można wejść w przeżywane cierpienie i przyjrzeć się mu z różnych stron. Nie jest to proces przyjemny, od pewnego momentu może być destrukcyjny – jest jednak bardzo przydatny w poznaniu siebie. Zazwyczaj przyglądając się trudnym sytuacjom szukamy źródła problemu i próbujemy wymyślić jak najlepsze rozwiązanie. Bywają dni, gdy potrzebujemy ponarzekać, „poużalać się” nad sobą. Niezależnie od tego, jakie motywacje nam przyświecają, warto wejść głębiej – na poziom emocji i potrzeb. Emocje są dużą podpowiedzią w zastanowieniu się nad tym, czego potrzebujemy. Pozytywne wskazują na zaspokojenie potrzeb, negatywne są sygnałem pewnego braku. Ostatnio bardzo denerwuję się, gdy ktoś mówi mi, co mam robić – potrzebuję przestrzeni do podejmowania decyzji i poczucia niezależności. W innej sytuacji czułam ogromny dyskomfort i frustrację w związku z postawą organizatorów pewnego wydarzenia. Ucierpiało moje poczucie bezpieczeństwa, poczucie bycia wspieraną i ważną – musiałam odnaleźć się za granicą, w zupełnie dla mnie nowych realiach podróżowania i czułam, że rozmowa z kimś bardziej obeznanym z lokalnymi warunkami byłaby dla mnie ogromnym wsparciem. Warto, w tej drodze do Niebieskiego Ojca, kiedy już wiemy, że dłużej nie chcemy paść świń (czyli tkwić w dotychczasowej sytuacji), zobaczyć swoje emocje i potrzeby, nie oceniając jednak drugiego człowieka. W pierwszej wspomnianej sytuacji mogłabym uznać, że doradzająca mi osoba chce mną manipulować. W drugiej – że organizatorom nie zależało na mojej obecności. Ani jedno, ani drugie nie jest prawdą, ale może się nią stać dla mnie gdy przyjmę taką wersję zdarzeń, zrzucę z siebie odpowiedzialność o zadbanie o własne potrzeby i uznam, że to „ktoś inny powinien pomyśleć, że ja potrzebuję czegoś innego”. Jednak drugi człowiek podobnie jak ja ma swoje emocje, potrzeby, może podobne, może zupełnie inne. To ktoś, kto również jest w procesie zmian, kto też ma swoje lepsze i gorsze dni. Kiedy mamy świadomość emocji i potrzeb możemy wtedy zastanowić się i zobaczyć, czego potrzebujemy „po ludzku” i do czego zaprasza nas Bóg: czy do większej łagodności, czy do większej decyzyjności? Może się okazać, że brakuje nam sił i Bóg zaprasza nas do tego, byśmy odpoczęli i w ciszy przemyśleli parę spraw. Innym razem nasze tłumaczenie o braku sił może być sygnałem niechęci do działania, do którego Bóg nas cierpliwie zachęca – na przykład do większej wyrozumiałości dla bliźniego czy do podjęcia konkretnej decyzji.Dobrze jest przyjrzeć się sobie, własnym myślom. A potem – dać się zaskoczyć Bogu. W końcu Syn, mając już konkretne postanowienie, nie zdołał nawet powiedzieć Ojcu do końca to, co sobie zaplanował. W momencie spotkania przeszedł z ciemności własnych myśli do światła radości bycia przyjętym. Dał się zaskoczyć Jego Miłości. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Kryzysy nasze powszednie 

Ostatnio wstawanie idzie mi coraz ciężej. Próbuję odpoczywać, ale nie jest to zbyt efektywne – w ciszę wkradają się różne nienajlepsze myśli. Widzę nadciągający kryzys. A może on już nadszedł – po cichu, niepostrzeżenie? Wiele kryzysów przychodzi na paluszkach. Z jednej strony mamy co prawda zdarzenia losowe, które przynoszą chaos, z drugiej jednak często ciężko pracujemy na to, by w pewnym momencie załamać się pod ciężarem własnym wygórowanych oczekiwań i niespełnionych pragnień. W sporcie, podobnie jak w życiu, planowanie jest podstawą osiągania wyznaczonych celów. Na studiach na AWF często słyszałam, że brak planowania jest planowaniem porażki. Równolegle z umiejętnością planowania idzie elastyczność – umiejętność dostosowania planu do zmiennych warunków treningowych. Przetrenowanemu zawodnikowi zasugerujemy zwolnienie tempa, w innym przypadku wskazane będzie zwiększenie obciążenia treningowego. Bywa, że plan „sypie się”, ponieważ zawodnik choruje. W życiu zawodowym uczymy się elastyczności i dostosowywania celów do sytuacji, jednak często nie przenosimy tej umiejętności na życie poza zawodowe. I tak potrafimy intensywnie walczyć ze sobą, by wstawać wcześniej i ćwiczyć, choć organizm woła – potrzebuję odpocząć! Zapisujemy się na różne kursy i zajęcia dodatkowe, a potem wieczorem padamy wycieńczeni na łóżko. Zadowoleni z tego, że przekraczamy siebie, że nie jedliśmy słodyczy od 30 dni i codziennie chodzimy na siłownię. Czy jednak osiągnięcie planu coś zmieni? Potrafimy się zmotywować, by osiągnąć cel, rzadko jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że z punktu widzenia egzystencji ważniejszy jest proces, czyli np. nabywanie konkretnych umiejętności. Jeśli odmawiam sobie słodyczy na czas Wielkiego Postu to mogę robić to po to, by potem pochwalić się – wytrwałam! Mogę również powoli zmieniać nawyki żywieniowe. Pierwsze da chwilową satysfakcję, drugie – konkretną zmianę wpływającą pozytywnie na życie, nie tylko do Wielkanocy. Bywa jednak, że jesteśmy tak bardzo zmęczeni i zapracowani, że nie udaje się nam zrealizować naszego planu i frustrujemy się naszą niemocą. Dążąc do zaspokojenia potrzeby osiągnięć zapominamy czasem, że jest w nas o wiele więcej potrzeb – i może warto dać im dojść do głosu? Moja frustracja wynika z braku znaczących osiągnięć w ostatnim czasie. Kurczowo trzymałam się swojego planu pod tytułem: „muszę zrobić w życiu coś znaczącego”. Zapomniałam o potrzebie odpoczynku, która daje o sobie znać, gdy próbuję rano zwlec się z łóżka. Gdy wczoraj myślałam o tym, czego potrzebuję, zrozumiałam również, że mogę iść za założonym planem pt. „osiągnięcie sukcesu” za wszelką cenę albo wejść w proces refleksji: co jest dla mnie ważne, jaki cel mi teraz przyświeca w życiu, czego chcę? Na tej drugiej drodze wiele może się zmienić. Mogę odkryć na nowo, że jest we mnie więcej pragnień niż tylko pragnienie stałej pracy. Wychodząc poza schemat mogę zobaczyć to, jak bardzo złożonym organizmem jestem, jak wiele potrzeb we mnie drzemie, a zapominanie o nich sprawia, że znowu wchodzę w myślenie planistyczne i tracę siły. A przygoda – podróż wewnątrz siebie – czeka na progu. Zobacz, może za Twoim kryzysem też stoi wiele niezrealizowanych potrzeb, o których istnieniu zapomniałaś / zapomniałeś albo nie miałaś / nie miałeś pojęcia? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

W ogniu walki 

Wstajesz, jesz śniadanie, myjesz się, idziesz do pracy lub na uczelnię. W międzyczasie upychasz pranie, jak jeszcze masz siły – to prasowanie, sprzątanie, zakupy, by w lodówce nagle nie zabrakło jedzenia. W biegu łapiesz się z przyjaciółmi. Każdy tydzień dzień wygląda podobnie. 

Bywa jednak, że w to w miarę uporządkowane życie wkracza chaos, sprowadzony przez niepomyślne wieści, które wyrywają nas z takiej codzienności. Zepsuty samochód i konieczność wzięcia kredytu na nowy. Choroba bliskiej osoby. Sytuacja gdy okazuje się, że pomoc nie przychodzi o tych ludzi, od których się jej spodziewaliśmy. Możemy albo poddać się, albo zmobilizować do walki.

Przez wiele lat obserwowałam swoje większe i mniejsze kryzysy i widziałam, jak ważne są różne czynniki w pokonywaniu trudności. Obecność bliskich osób, z którymi można porozmawiać (albo zadzwonić do nich, gdy panika wygrywa z rozsądkiem); zainteresowanie i troska innych, niekoniecznie tych nam najbliższych; posiadane zasoby (finansowe, czasowe, siły fizyczne etc.). Jednak zawsze u mnie brakowało jednego czynnika: pogodzenia z sytuacją.

Pogodzenie może oznaczać rezygnację. Nie robię już nic; ogłaszam bezsilność. Pogodziłam się z pewną stratą: z tym, że nie zmienię świata, nie zmienię nastawienia rodziny, nie odwrócę biegu zdarzeń. Nie przywrócę pełni zdrowia osobie po wylewie, nie naprawię ukochanego samochodu. Coś się kończy, nie ma odwrotu.

Drugą stroną medalu jest mądra walka. Każda trudna sytuacja może być punktem wyjścia do jakiejś zmiany. Być może będzie przestrzenią do nauki pokory, zmiany sposobu myślenia, a może do poszukania innych rozwiązań? Może warto na sprawy rodzinne spojrzeć z perspektywy innych osób, może w kryzysie można spróbować odezwać się do tych, do których wcześniej za nic byśmy się nie odezwali? Mądra walka zakłada rozpoznanie sytuacji, zastanowienie się, na co mam wpływ, a na co wpływu nie mam i działanie w obszarze, w którym mogę coś zmienić.

Kryzys czy spodziewane trudności mogą być źródłem wzrostu, o ile nie zamkniemy się w utartych schematach myślowych. O ile wyjdziemy poza myślenie pt. „cierpienie uszlachetnia”; „jak Bóg kogoś kocha, to daje mu krzyż”, a z drugie strony spektrum: „nie myśl o tym więcej, nie wracaj do tego”; „jak sprawa się zakończy, odetchniesz”. Wejdź w to, co trudne i zobacz, co dobrego możesz wynieść z sytuacji pozornie bez sensu!

W życiu jest trochę jak w szermierce – do pewnego momentu ćwiczy się niekiedy sztuczne ruchy w czasie lekcji z trenerem czy z innym zawodnikiem. Przychodzi jednak moment weryfikacji – zawody. Tam już nie ma przyjaznej informacji zwrotnej, co można poprawić, a następnie ćwiczenia i poprawiania. Jest za to konkretna walka z przeciwnikiem, ze sobą i z własnymi słabościami.

Trudności w Twoim życiu i tak przyjdą. Pytanie brzmi: gdy znajdziesz się w ogniu walki, co z nimi zrobisz? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Zawracanie kijem Wisły 

Usłyszałam kiedyś w jednym z klasztorów przypowieść o człowieku, który nie wiedział, co ma w życiu robić. Doszedł do ściany, miał poczucie, że już nic nie może zmienić. Dostał zadanie — zawrócić kijem Wisłę. Zadanie bezsensowne, wręcz głupie. A zarazem najlepsze, jakie mógł dostać. Kto miał kiedyś złamaną kończynę bądź przeszedł operację wie, jak „przyjemna” jest rehabilitacja czy powrót do zdrowia. Z jednej strony organizm potrzebuje odpoczynku, z drugiej — należy stosunkowo szybko zacząć wychodzić z łóżka. Ćwiczyć na miarę możliwości. Łóżeczko i ciepła kołderka przyjemnie przyzywa, ale rozsądek nakazuje uruchamiać ciało, które często ma w sobie zasoby potrzebne do regeneracji, do zdrowienia — o ile mądrze je wykorzystamy. Podobnie działa ludzka psychika. Mamy w sobie siłę, ale dopóki jej nie uruchamiamy, nie korzystamy z niej, nie zdajemy sobie z tego sprawy. Gdy zaczynamy coś zmieniać, idzie opornie, często nasze postanowienia kończą się niepowodzeniem. A przecież nie ma aż tak dużej różnicy między ćwiczeniem chodzenia po zdjęciu gipsu i ćwiczeniem silnej woli w odpuszczeniu oglądania telewizji na czas wielkiego postu. To, co zdaje się być znaczącym czynnikiem, to postrzegana przydatność danej umiejętności. Kiedy przestajemy chodzić, od razu odczuwamy, że czegoś nam brakuje. Zrobienie sobie śniadania, umycie się, wyjście z domu nagle wymagają wsparcia drugiego człowieka. W przypadku odstawienia telewizji może nam się wydawać, że jej obecność czy brak nic nie zmienia. Wciąż chodzimy, wciąż żyjemy. Jeżeli nie widać różnicy, to po co się spinać? Różnica dostrzegalna jest dopiero z perspektywy czasu, gdy przebijemy się przez mur nieprzyjemnych doświadczeń. Przy złamanej nodze wiemy, że celem jest odzyskanie sprawności i robimy, co w naszej mocy, by ją odzyskać. W dziedzinie wyzwań psychicznych czy duchowych zazwyczaj trudno jest nam uwierzyć, że może być lepiej — zazwyczaj brakuje nam doświadczenia „lepszego życia” czy „pełni zdrowia”, do którego moglibyśmy się odwołać. Aby podjąć działanie, potrzebujemy poczucia, że przyniesie ono rzeczywistą zmianę. Jednak to poczucie prędzej można umieścić w sferze wiary niż pewności. Idziemy po omacku, czasem nawet nie wiedząc, po czym poznamy, że pożądana zmiana nastąpiła. Szukamy ogólnego lepszego samopoczucia. Istnieją sposoby precyzowania oczekiwań i celów, ale zdają się one być niepewne i pracochłonne, a my zazwyczaj nie mamy nawyku pracy nad osobistą zmianą. Być może właśnie ta niepewność i niejednoznaczność życia psychicznego i duchowego sprawia, że czekamy na cud. Bo w sferze ducha nie działają zasady świata fizyki. Może się okazać, że zmiana będzie wymagała większego nakładu sił, innym znów razem przyjdzie wręcz niespodziewanie, jakby „od niechcenia”. Takie duchowe zmagania zdecydowanie różnią się od treningów czy rehabilitacji, w której mamy więcej pewności: wykonywanie danych ćwiczeń wzmocni konkretne mięśnie, przy konkretnym harmonogramie ćwiczeń można uzyskać wzrost masy mięśniowej. Nasze zmagania w sferze ducha początkowo mogą przypominać zawracaniem kijem Wisły. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie robił. No bo jak zawrócić masy wody, przepływające każdego dnia? A jednak jest w tym mądrość podjęcia działania, jakiegokolwiek, byle nie zostać w miejscu. Byle nie zrezygnować z walki. Najgorsze, co można zrobić, to zrezygnować. Dopiero w działaniu możemy zobaczyć, co przynosi nam korzyść, a czego należy unikać. Dopiero doświadczając porażek, możemy się czegoś nauczyć. Dopiero w ogniu walki możemy zobaczyć, jak wiele w nas jest siły, jak wiele możemy przetrwać, znieść, odpuścić — by dojść do celu. Duchowy wzrost pojawia się tam, gdzie jest konkretna, zwykła, codzienna praca. Nie czekaj na cud, bo same z siebie rzadko się pojawiają. Wejdź w zmagania, by dać Bogu przestrzeń do uczynienia cudu! Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Dwa kroki naprzód 

Jestem. Niepozorne słowo. Każdy z nas w pierwszej kolejności po prostu jest. Istnieje. Jednak na przestrzeni lat dopisujemy do tego słowa kolejne, tworząc historię życia. Dodajemy znaczenia, które pomagają nam określić, kim jesteśmy. Po co tu jesteśmy. Skąd przychodzimy. Dzięki temu, co dopisujemy, możemy zrobić w życiu krok naprzód. W języku potocznym określanie cech osoby w odniesieniu do słowa „jestem” i w oparciu o zauważone zachowania stosowane jest zamiennie. „Jesteś leniwy” często uznawane jest za równoznaczne z „wykonujesz swoją pracę niechlujnie”; „jesteś spóźnialska” wydaje się znaczyć to samo, co: „często spóźniasz się do pracy”, „ale z niego smutas” ma podobny wydźwięk do słów: „ostatnio chodzi z nosem spuszczonym na kwintę”. A jednak różnica jest kolosalna. Bardzo mocno mieszamy dwie kwestie – tego, kim jesteśmy i tego, w jaki sposób się zachowujemy. Opisywanie naszych zachowań jest niezwykle istotne. Dopiero przyjrzawszy się, w jaki sposób funkcjonujemy, możemy nazwać konkretnie zachowania do zmiany: spóźnianie się, niedbałość w pracy, brak uśmiechu. Możemy zacząć drążyć, szukać przyczyn, przyjrzeć się emocjom, sytuacjom, które wydarzyły się wcześniej. Ostatecznie — możemy zrobić krok do przodu, w stronę zmiany na lepsze. Nawet jeśli nazywamy pewne sytuacje czy zachowania, z tyłu głowy często czai się myśl o tym, jacy w tej sytuacji jesteśmy. Popełniamy gafę — jesteśmy do niczego, jesteśmy nieogarnięci. Gdy z kolei okoliczności nam sprzyjają, zakładamy różowe okulary i budujemy w sobie poczucie bycia wspaniałym człowiekiem. W zależności od okoliczności w naszych myślach goszczą inne przekonania na nasz temat. A gdyby tak zrobić dwa kroki do przodu i… przestać siebie oceniać? W myślach oddzielać to, w jaki sposób postępujemy od tego, kim jesteśmy. Chodzi o to, by już na początku refleksji mieć z tyłu głowy założenie: są we mnie dobre i złe cechy. Czasem jedne dochodzą bardziej do głosu, innym razem drugie. Tak po prostu jest. Popełniam błędy, działam w zaślepieniu, nie myślę. Albo często myślę o sobie zbyt pobłażliwie, zbyt optymistycznie, przeceniając swoje dobre strony. Rezygnacja z oceniania siebie niesie daleko idące konsekwencje. Jeśli nie jestem swoim sędzią, a tylko przyglądam się sobie, potrafię spojrzeć zupełnie inaczej na własne życie. Nie boję się aż tak swoich myśli czy potknięć — ponieważ mówią one tylko tyle, że coś takiego się wydarzyło. Zupełnie inaczej patrzę też na innych ludzi — widzę, że i oni mają gorsze i lepsze dni. Nie przypisuję im stałych cech charakteru (zazwyczaj negatywnych, co ułatwia późniejsze porównywanie się). Nie oceniam drugiego człowieka tak szybko, z taką lekkością. Zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest, połączone z pracą nad sobą, daje zupełnie inne efekty. Zmiana nie jest celem, staje się narzędziem. Gdy jest celem, szybko nam przychodzi poczucie doskonałości i chęć wyciągania drzazgi z oka bliźniego. Gdy jest narzędziem, mamy świadomość tej belki, która tkwi w naszym własnym oku. A to diametralnie zmienia perspektywę… Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Kto dzierży władzę? 

Kiedy podejmowałam w ostatnim roku trudne decyzje i wykonywałam czasem radykalne kroki, niemalże za każdym razem pojawiał się człowiek, który pytał mnie — czy z moją głową jest wszystko w porządku? Jedną z trudniejszych decyzji była ta o zawieszeniu studiów. Z perspektywy czasu widzę, że była to słuszna decyzja i przyniosła dobre owoce. Poprzedził ją proces rozeznawania, rozważania „za” i „przeciw”. Dłuższa refleksja nad tym, czego potrzebuję w swoim życiu w danym momencie. A jednak „nieprzyjaciel” czuwał — na zewnątrz i w środku. Ludzie naciskali, zastanawiając się, czemu nie podchodzę do egzaminu, choć tak niewiele mi brakuje, by uzyskać dyplom. Mną również targały ogromne wątpliwości — może powinnam zagryźć zęby i zdać? Wiedziałam jednak, że biorąc pod uwagę moją ówczesną sytuację, są rzeczy pilniejsze, którymi muszę się zająć. Stawką było moje zdrowie. Każdy z nas dzierży w rękach „władzę” — zdolność podejmowania wyborów i działania zgodnie z podjętą decyzją. Nigdy jednak nie podejmujemy decyzji sami. Jest z nami nasz „adwokat diabła”, czyli ta cząstka nas, która podsuwa argumenty przeciw. Są również inni ludzie, którzy zazwyczaj chętnie dzielą się z nami swoimi przemyśleniami; co powinniśmy zrobić, a czego robić nie należy. Do pewnego momentu słowa innych, czy naszego wewnętrznego „adwokata diabła” mogą być cenne. Czasem potrzeba szerszego spojrzenia na sytuację. Każdy z nas doświadczył jednak, że jest granica, za którą słowa drugiego człowieka przestają być pomocą w decydowaniu. Granica, za którą nasze osobiste wątpliwości stają się „oskarżycielem”, którego działania paraliżują nasz proces decyzyjny, a ostatecznie drążą i niszczą. Oddajemy „władzę” — wpływ na podejmowaną decyzję innym osobom niż my sami albo pozwalamy innym czynnikom znacząco na nią wpływać. Z jednej strony są inni. Czy przypadkiem oddawanie im „władzy” nie jest wyrazem nieufności do naszej zdolności do decydowania? Jeśli ufam sobie, to czyjeś słowa czy działania mogą być dla mnie punktem wyjścia do refleksji, niczym więcej. Nie ranią mnie, ponieważ ufam swojemu osądowi sytuacji. Z drugiej strony jest moja własna głowa. Głowa, w której pojawia się wszystko — od budujących myśli zaczynając na samobiczowaniu kończąc. Myśli po prostu są, ale to ja mam wpływ na to, co z nimi zrobię. Czy w nie uwierzę i pozwolę im kształtować siebie? Czy może wyciągnę z nich to, co jest mi na dany moment potrzebne — a reszcie pozwolę odejść? Albo „ukręcę głowę”, gdy sytuacja będzie tego wymagała? Kto w Twoim życiu dzierży władzę? Na ile decyzje, które podejmujesz są „Twoimi” decyzjami? Kiedy przyjrzysz się uważnie, może się okazać, że wiele ze swojej władzy oddajesz innym ludziom lub swoim nieuzasadnionym lękom i obawom. Początkowo nie było mi łatwo, jednak wytrwałam w podjętej decyzji. Teraz, będąc w zdecydowanie lepszej kondycji, wróciłam do studiowania. Czasem wciąż mój osobisty oskarżyciel mówi mi — jesteś do niczego, nawet studiów nie potrafisz skończyć! Jednak mnie to już nie rusza — wiem, czemu podjęłam taką decyzję. Wiem, co mi to przyniosło. W zmaganiach z opiniami innych ludzi nabrałam trochę odporności psychicznej. Zyskałam pewność siebie. Wiem co robię i czemu to robię. A skoro wiem, to mogę nadstawić drugi policzek. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Brak, który staje się zadaniem 

Chyba nikt nie lubi cierpienia. Jeśli możemy — uciekamy od niego. To naturalna reakcja. Czasem jednak przychodzi moment, gdy uniki przestają przynosić korzyść. Możemy dalej żyć w zaprzeczeniu, albo… wejść w ten brak z Bogiem. Elisabeth Kubler–Ross w książce „Rozmowy o śmierci i umieraniu” opisuje pięć etapów radzenia sobie ze stratą. To kolejno: zaprzeczenie, gniew, negocjacja, depresja i akceptacja. I choć autorka opisuje stan ducha osób zmagających się z perspektywą zbliżającej się śmierci własnej bądź bliskich osób, to zdarza się nam przeżywać te etapy częściej, nie tylko w sytuacjach granicznych. W końcu codziennie możemy coś tracić. Przyjaźnie czy znajomości pod wpływem czasu i braku zaangażowania odchodzą w niepamięć. Zdrowie nie zawsze dopisuje, czasem brakuje nam sił do zmagania się z codziennością, może wydaje się nam, że to już koniec. Jeśli w jakiś sposób pracujemy nad sobą, zbliżamy się do Boga, to tracimy wiele z naszych schematów czy wyobrażeń o nas, o świecie, o przeżywaniu wiary. Wciąż dobrze pamiętam moment, gdy po raz kolejny mierzyłam się z chorobą. Rok temu z drżeniem serca oczekiwałam kolejnych hospitalizacji, wyników badań. Nie pierwszy raz diagnoza przewróciła mi do góry nogami całe życie. Czułam, że tracę to, co było dla mnie oparciem; poczucie bezpieczeństwa, poczucie, że wychodzę na prostą. Choć trenowałam intensywnie szermierkę, odeszłam — po części ze względu na zalecenia lekarskie, po części nie potrafiąc w obliczu zmagań dalej przebywać w towarzystwie ludzi, których trapiły nieco bardziej „zwyczajne” problemy. Znów odczułam brak stabilności w życiu, brak wsparcia w takiej formie, w jakiej go potrzebowałam. Minął rok. Choć od lipca zdrowotnie wychodzę na prostą, niebawem znów czeka mnie wizyta i ponownie boję się, czego mogę się dowiedzieć. Czy usłyszę: proszę przyjść za rok? Czy może znowu niepomyślne wieści sprowadzą mnie do parteru?… Czuję, jak moje braki oddzielają mnie od innych ludzi — od tych, którzy nie mieli podobnych przejść. A jednak doświadczenie braku to początek drogi. Przez zaprzeczenie, trudne emocje, próby zrobienia wszystkiego, by cierpienie zniknęło, załamanie, smutek, czasem dosłownie: stany depresyjne czy depresję. Przechodząc przez doświadczenie tego, że nie wszystko mogę, nie na wszystko mam wpływ można albo załamać się, albo zaakceptować swoje granice, braki, niemoc. I dopuścić Boga z Jego wszechmocą. Pamiętam rozmowę po wykładach z jednym z uczniów, który wiele już w życiu przeszedł. Pamiętając o swoich przejściach, nie dawałam już dobrych rad. Po prostu słuchałam, czasem tylko wtrącając podobne sytuacje ze swojego życia. Powiedziałam, że nie mogę mu obiecać że będzie łatwo, bo czeka go długa droga. Ale wiem, że da się ją przejść, da się wytrwać. Wiem, bo sama tego doświadczyłam. Nie sprawiłam, że w jego życiu nagle wszystko zmieniło się na lepsze. Ale widziałam, że na jego twarz wrócił uśmiech. Później podziękował mi za tę rozmowę. Nie miałam wiele. Tylko trochę czasu i własne doświadczenie braku. A jednak kiedy podzieliłam się tym brakiem zadziało się coś, co dało nadzieję. To, że mogę wykorzystać to swoje doświadczenie braku wcale nie sprawia, że czuję się lepiej z tym, co przeszłam. Być może nigdy nie zaakceptuję w pełni swoich doświadczeń. Widzę jednak, że po tych latach zmagań mogę zrobić z nimi jedno — wykorzystać, by nieść nadzieję innym. Pokazać, że da się żyć. Mimo wszystko. Niezależnie od tego, czy zmagasz się z chorobą, czy boli Cię zdrada kogoś bliskiego, odczuwasz brak bratniej duszy, czekasz z utęsknieniem na wypłatę, czy po prostu dostrzegasz niesprawiedliwość tego świata — odczuwany brak jest zadaniem; przestrzenią, w której możesz spotkać Boga. I choć ten brak wciąż będzie brakiem, trudność będzie wciąż trudnością to jednak może stać się także punktem wyjścia do stworzenia czegoś nowego. Może odkrycia prawdy o sobie, która wcale nie musi być taka straszna, a może bycia dla drugiego człowieka? Wejdź w brak i zobacz, co na tej drodze Bóg może dać Tobie i innym. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Nieoczekiwana zmiana planów 

Szymon miał swoje zdanie na temat łowienia ryb w południe. Cudowny połów wprawił go w zdumienie. Może zaskoczyła go ich liczba, może to, że wydarzyło się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. A może… a może zadziwił się, jak wiele może uczynić Jezus, gdy na Jego prośbę zrobi się coś inaczej?

Nasza głowa potrzebuje schematów. To dzięki nim łatwiej jest nam nabywać czy przetwarzać wiedzę. Unikamy wyjątków jak ognia, ponieważ burzą one naszą wizję świata. A to właśnie w wyjątkach zdaje się lubować Bóg — w końcu jest On nieskończenie twórczy! W człowieku również tkwią twórcze zapędy. Jest w nas tęsknota do kreatywności, która zazwyczaj pcha nas w stronę zmiany — nowego hobby, innego miejsca pracy, dokształcania się, poszerzenia kręgu znajomych.

Pracodawcy coraz bardziej cenią sobie pracowników kreatywnych, a na rynku nie brakuje szkoleń mających pobudzić nieschematyczne myślenie. A tak naprawdę nie potrzeba wiele, by stać się bardziej kreatywnym, czyli — otwartym na zmianę i na nieoczywiste rozwiązania. Wystarczy, podobnie jak Szymon, nieoczekiwanie zmienić plany. Raz. A potem dać się ponieść kolejnym zmianom.

W ramach zajęć w szkole policealnej proponuję swoim uczniom wyzwanie — wprowadzenie drobnej zmiany w ich życiu na trzydzieści dni. Jestem z nich dumna, ponieważ wielu podejmuje rękawicę — planuje ćwiczenia fizyczne, odstawienie słodyczy, spędza czas na nauce języka polskiego (część z nich to obcokrajowcy) bądź postanawia więcej czytać. Wykraczają poza własne schematy, walczą ze swoją niechęcią do zmian i doświadczają nowego świata — w którym otarcia na pięcie po bieganiu czy chęć sięgnięcia po batonik przestają być aż tak ważne. Widzą, że mają w sobie siłę, której może nie dostrzegali. Widzą, że mogą żyć inaczej.

Szymon mógł uznać, że łowienie ryb w południe jest bez sensu. Wtedy jednak prawdopodobnie zostałby Szymonem — rybakiem, a jego życie stałoby się pasmem zlewających się ze sobą przespanych dni i nocy spędzonych na wodzie. Można uznać, że takie trzydziestodniowe wyzwanie jest też bez sensu. W końcu to tylko trzydzieści dni i jakiś nawyk.

Jednak gdy podejmiemy ryzyko może się zdarzyć, że zasmakujemy w zmianie. W wysiłku. W zmaganiu się ze sobą, nawet w tych drobnych sprawach. Że damy się zaskakiwać sobie samym, dostrzegając wcześniej niewidoczne pokłady sił czy motywacji. Podniesiemy wzrok ku niebu i damy się porwać temu, co nowe, co inspirujące. Pójdziemy dalej.

Możemy pozostać przy nocnym łowieniu ryb. Jednak możemy też dać się zaskoczyć i zobaczyć, że może niekoniecznie pisana nam jest kariera rybaka. Może mamy do zrobienia coś innego? Szymon stał się Piotrem Apostołem, pierwszym biskupem Rzymu. A kim Ty możesz się stać, gdy wyjdziesz poza własne schematy? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Co się stało z Zosią Samosią? 

Niemalże każde dziecko jest napędzane przez jakąś niesamowitą siłę. Rodzice wiedzą, a postronni mogą to zaobserwować — maluch potrafi być jednocześnie w kilku miejscach, przemieszczać się z prędkością światła, jest również o wiele mądrzejszy od rodziców.

A później zaczyna się życie. Wtłaczanie w schemat, od którego odejście jest karane na różne sposoby. Nawet, jeśli ulegamy to jest w nas niepokój, który potrafimy zamaskować na tysiące różnych sposobów. Daniel wspomniał na medytacji o jednym z nich — mocnym zaangażowaniu w sprawy innych, dawaniu siebie, wykraczaniu poza własne ograniczenia. Niezwykle ważnej — o ile siebie „mamy”, a podjęte działania wypływają ze świadomej decyzji — chęci dzielenia się sobą.

Maskowanie poprzez pomaganie jest akceptowalne społecznie. W kręgach osób wierzących uznawane jest często za wyraz chrześcijańskiej dojrzałości. Warto jednak przyjrzeć się motywom działania — czy jest to rzeczywiście dar z siebie, czy próba ucieczki od siebie?

Lata edukacji, pracy, życia w społeczeństwie nauczyły nas, że należy trzymać się pewnych norm, postępować zgodnie z oczekiwaniami innych ludzi. Na drugim, skrajnym biegunie są ci, którzy wyłamują się ze schematu i żyją dla siebie, nie patrząc na konsekwencje. Zosia albo ostatecznie ulegnie oczekiwaniom i będzie cicha, pokorna, nie wadząca nikomu, albo stanie się obnoszącą się ze swoim egoizmem Samosią. A może jest jeszcze jakieś wyjście z tej sytuacji?

Można przecież wybrać się trzecią drogą. Najbardziej niebezpieczną, ponieważ bazującą na ciągłym zadawaniu pytań oraz bezustannym szukaniu odpowiedzi. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, że już poznaliśmy siebie i możemy teraz świadomie wychodzić do ludzi, wiedząc, gdzie jest granica między bezinteresownym darem z siebie a ucieczką od szukania siebie. Ta granica jest płynna, zależna od wielu czynników. Zmienia się z upływem lat.

Żyjąc w świecie nastawionym na konkret, na to, co mierzalne, szukamy podobnych efektów w życiu duchowym. Czegoś, co da się zważyć, wymierzyć linijką. A to, co pozwala na rozwój to zgoda na niedookreślenie. Na niepewność. Na to, że nie zrozumiemy wszystkiego, ale to, co zrozumiemy, może być wystarczające do dalszego działania.

Poszukiwanie siebie to przygoda na całe życie, która znajduje się w środku wszystkich innych zadań, jakie wykonujemy. Czasem wydaje się nam, że najlepszym wyjściem byłoby rzucenie tego wszystkiego, czym się zajmujemy, wyjechanie w jakieś ciche i spokojne miejsce, by spotkać się ze sobą. Bywa, że rzeczywiście to jest to, czego potrzebujemy. Może jednak warto zacząć się zatrzymywać w codzienności, nie czekać, aż „jakoś dotrwamy” do upragnionego wyjazdu, do rekolekcji? Już teraz możemy zapytać siebie o to, czego chcemy, a czego nie chcemy. Odpowiedzi już są — w tym, co robimy na co dzień, z jakim podejściem wykonujemy nasze zadania, jakie emocje i myśli nam towarzyszą. Choć ostatecznie Zosia Samosia okazuje się dzieckiem nieskorym do nauki, jest w niej jednak coś, co warto zachować. To pewien upór i zachwyt, który sprawia, że nawet „błędne” odpowiedzi nie niszczą jej poczucia wartości. Jeśli będziemy szukać ze szczerością w sercu, to znalezione odpowiedzi nie zawsze będą pasować do schematu. Jednak czy to jest wystarczający powód, by ich nie szukać? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Jutro wolne od błędów 

Jutro przejdę na dietę. Od jutra będę planować dzień. Jutro zacznę ćwiczenia. Jutro poszukam innej pracy, zapiszę się na kurs, zacznę więcej czasu poświęcać na odpoczynek… Jak wiele naszych niezrealizowanych spraw i postanowień mieści ta mityczna kraina?

Mija pierwszy miesiąc nowego roku. Może jeszcze nawet pamiętamy nasze noworoczne postanowienia. Może jeszcze we wspomnieniach płonie entuzjazm pierwszych dni… Może. Choć o wiele bardziej prawdopodobne jest to, że w natłoku codziennych problemów studenckich i / lub zawodowych już nie pamiętamy. Nowy rok zaczął przypominać stary. O ile wyzwania, które stawia nam życie, nie „wymusiły” na nas pewnych zmian – to zapewne wróciliśmy do starych nawyków.

Można wyliczać różne czynniki, które mają wpływ na nasze niepowodzenia. Zbyt niski poziom motywacji, nieodpowiednie przygotowanie zadania, brak wsparcia, zbyt krótki czas wprowadzania nowego nawyku, zdarzenia losowe. Jest jednak jeden mur, przez który chyba najtrudniej jest nam się przebić – to niechęć do popełniania błędów.

W dostrzeganiu porażki możemy popaść w dwie skrajności. Na jednym końcu będzie zrzucanie odpowiedzialności na okoliczności, na drugim – stwierdzenie, że niepowodzenie to owoc naszego osobistego niedbalstwa. W obu sytuacjach pojawi się frustracja, skierowana na zewnątrz lub do wewnątrz. Spóźniając się na autobus w drodze na egzamin możemy zacząć wygrażać kierowcy, który nie poczekał na nas, albo wściec się na siebie, że zbyt późno wyszliśmy z domu. Warto jednak w refleksji pójść krok dalej.

Każdy błąd to kopalnia informacji o nas samych. Spóźnienie na egzamin może świadczyć o naszym przemęczeniu, ale i o nienajlepszych zdolnościach planowania czy przewidywania. Może być też sygnałem, że co innego było dla nas ważniejsze – obejrzenie serialu poprzedniego wieczoru czy zrobienie nienagannego makijażu. Wreszcie – może świadczyć o niechęci do podjętych studiów albo dystansie do danego przedmiotu czy wykładowcy.

Każda odpowiedź będzie niosła za sobą inne działanie. Czasem potrzebna będzie zmiana nawyku, na przykład wcześniejsze wstawanie. W innych sytuacjach będziemy po prostu próbowali przetrwać – byle zdać egzamin z nudnego przedmiotu. A może spróbujemy zmienić podejście i poszukać większego dobra i przestrzeni rozwoju w tym, co nas trapi?

Ania z Zielonego Wzgórza mawiała: jutro jest wolne od błędów. Sama popełniła ich niemało. Chcąc mieć kruczoczarną fryzurę przefarbowała włosy na zielono; podejmując wyzwanie spadła z dachu; ścigając się wpakowała się do łóżka, w którym smacznie spała ciocia jej przyjaciółki, Diany. Innym razem upiła Dianę (przypadkiem…) czy niemalże utonęła, odgrywając w romantycznym uniesieniu rolę zmarłej kobiety i kładąc się w dziurawej łódce.

Każdy kolejny dzień daje przestrzeń do błądzenia, ale i wyciągania wniosków – lepszego poznawania siebie na ścieżkach życia. Wygrana daje radość i jest często bardzo przyjemna, ale potrafi uśpić naszą czujność. Niepowodzenie z kolei pozwala na wejście w głąb siebie i uczenie się – o ile damy sobie do tego prawo. Podejmując wyzwanie i idąc drogą swojego powołania – czy dajesz sobie prawo do popełniania błędów i uczenia się na nich? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Przyjąć dobro 

Dość dużo mówi się o naszej wybiórczej chęci do obdarzania innych dobrem. Jesteśmy bardziej skłonni pomóc komuś, kogo znamy, z kim czujemy wspólnotę (przykładowo jesteśmy w tej samej grupie zajęciowej na studiach) lub z kim mamy coś wspólnego (chociażby hobby czy pewne doświadczenia życiowe). Pomaganie czy obdarzanie innych dobrem to szeroki temat, przy którym zdaje się znikać równie ważny aspekt pomocy — jej przyjmowanie.

Przyjmowanie pomocy wcale nie jest proste. Im bardziej w myślach oddalamy się od tego, co wydaje się być „normą”, tym trudniej jest o pomoc poprosić i ją przyjąć. Kiedy ktoś zrobi za nas zakupy, gdy jesteśmy zawaleni obowiązkami, budzi to naszą radość. Jednak jest ona zupełnie inna, gdy pomoc pojawia się w sytuacji naszej słabości. Złamana noga, choroba wymagająca brania antybiotyków i uczciwego leżenia w łóżku, niemoc czy lęk przed wyjściem z domu, które mogą pojawić się w depresji. Są sytuacje, gdy jesteśmy skazani na czyjąś pomoc — szczególnie, gdy choroba, niepełnosprawność czy podeszły wiek uniemożliwiają zadbanie o podstawowe potrzeby.

Każda trudna sytuacja, w której otrzymujemy pomoc, to wyzwanie dla nas — wyzwanie przyznania się do naszej słabości. Nie zawsze zawinionej, często będącej efektem ograniczeń naszego ciała. Niektórym przychodzi to łatwo, innym — jak mi — z ogromnym trudem. Trudno jest być od kogoś zależnym. Wiedzieć, że potrzebujemy pomocy, a jednocześnie zdawać sobie sprawę z tego, że ktoś może nam jej odmówić. Co prawda możemy kogoś próbować zmusić, szantażować słowami czy emocjami — jednak mimo wszystko pomoc może nie nadejść.

Najbardziej boli niezrozumienie płynące ze strony człowieka, który nie doświadczył braku. Sytuacji niedostatku, w której mógłby poczuć się podobnie jak my, kiedy potrzebujemy pomocy. Ten „brak”, zwykle kojarzony z postem, jest niezwykle potrzebny. Często dopiero nieprzyjemne doświadczenia potrafią obudzić w nas uważność czy empatię, tak ważne przy dzieleniu się dobrem — przy udzielaniu pomocy. Po to, by to dobro, które dajemy, było dobrem naturalnym, a nie wymuszonym. By było dobrem, które nie rani obdarowywanego, nie wypomina mu braku, lecz pomaga sobie z nim poradzić.

„Mawiał jeden z miłośników Chrystusa, mający charyzmat jałmużnika, że ten, kto daje jałmużnę, tak ją powinien dawać, jakby to on ją brał: taka to jałmużna zbliża do Boga”(z Apoftegmatów Ojców Pustyni, tom 4; Źródła Monastyczne, Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec).

Ani Maryja, ani Jezus w Kanie Galilejskiej nie zwrócili młodej parze uwagi, że zabrakło wina. Niezwykle dyskretnie pomogli im poradzić sobie z sytuacją zbliżającej się totalnej katastrofy. W jaki sposób przyjmujesz pomoc? W jakich sytuacjach jej potrzebujesz, a w jakich trudno jest Ci przyznać, że sama/sam nie dajesz rady? W jaki sposób chciałabyś/chciałbyś, żeby ta pomoc była Ci udzielona właśnie wtedy, gdy potrzebujesz jej najbardziej — a jednocześnie lęk czy wstyd sprawiają, że trudno Ci jest o nią poprosić? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

W gabinecie luster 

Wchodząc do gabinetu luster spodziewamy się tego, że lustra, w których będziemy się przeglądać, zniekształcą nasz obraz. Nagle staniemy się grubi bądź chudzi, niscy lub wysocy, nogi wydłużą się niewspółmiernie do reszty sylwetki, a nasza głowa urośnie do rozmiaru piłki plażowej. Podobnie jest z naszym obrazem siebie. Na obraz siebie składają się między innymi cechy charakteru, nasze zalety i wady, umiejętności, wiara, przekonania, które w sobie nosimy, ale i nastroje, uczucia, postawy, przyjmowane przez nas w konkretnych sytuacjach. Dodajmy do tego porównywanie się z innymi, ocenę otaczających osób, nasze wspomnienia oraz role odgrywane codziennie w obrębie rodziny, znajomych, w pracy. Jest wiele czynników, których suma tworzy nasze „ja”. Nasze postrzeganie siebie potrafi być bardzo trwałe. Zazwyczaj, gdy przyjmiemy jakąś wizję siebie, nie jesteśmy skłonni do jej zmiany, niezależnie od tego, czy wizja ta jest pozytywna, czy negatywna. Często też — podświadomie — szukamy ludzi, którzy w tej wizji nas utwierdzają. Jeśli dostrzegam w sobie dobro, będę słuchać tych, którzy to dobro we mnie dostrzegają. Jeśli mam negatywny obraz siebie, to będę szukać kontaktu z ludźmi, którzy widzą moje błędy i wady. Niezależnie od kierunku, jaki przyjmujemy, obraz jest zaburzony — jak w gabinecie luster, pewne cechy znikają z pola widzenia, podczas gdy inne urastają do monstrualnych rozmiarów. Zmiana obrazu siebie jest możliwa, choć nie każdy może nam w tym pomóc. Abyśmy uwierzyli w czyjeś słowa, zazwyczaj musi je wypowiedzieć osoba dla nas znacząca, np. rodzic, mentor, psychoterapeuta. Nie może być to wypowiedź jednorazowa — taką szybko zignorujemy w natłoku innych informacji. Taka ocena musi również być spostrzeżona jako nadzwyczaj osobista — jeśli mamy poczucie, że ktoś nas zna, prędzej uwierzymy, że mówi prawdę. Ponadto ocenę tę my sami musimy określić jako w jakiś sposób spójną z naszym obrazem siebie. Może się okazać, że wiele osób dookoła mówi nam, że jesteśmy mądrzy, silniejsi niż nam się wydaje, że potrafimy walczyć o swoje, że jest w nas dobro — i choć intelektualnie widzimy, że mają rację, serce buntuje się na taką ocenę rzeczywistości. W takiej sytuacji warto spojrzeć na siebie nieco uważniej, zacząć od dostrzeżenia dobra w sobie. Dostrzeganie swoich zalet jest umiejętnością, którą można wyćwiczyć. Dlatego też, przez najbliższy tydzień, codziennie wieczorem, zapisz jedną dobrą cechę czy umiejętność, którą wykorzystałaś/wykorzystałeś danego dnia oraz opisz (wystarczy jedno zdanie!) sytuację, w której ona wystąpiła. Bardziej wprawnych w dostrzeganiu dobra zachęcam do zapisania dwóch lub trzech cech/umiejętności. Przykładowy opis:

  • Odwaga — odezwałam się z pytaniem o drogę, gdy zabłądziłam w poszukiwaniu przystanku. Albo: odezwałam się na zebraniu.
  • Uczynność — pomogłam wnieść wózek do tramwaju. Albo: Z własnej inicjatywy zrobiłam zakupy chorej koleżance.
  • Wytrwałość — mimo zakłóceń (głośne rozmowy współpracowników) uparłam się i skończyłam pisać ważny mail. Albo: Choć bardzo mi się nie chciało, poszłam na siłownię.

Zmiana obrazu siebie to proces, który wymaga zaangażowania, nakładu sił i czasu. Początki mogą być trudne, niemniej warto wejść na drogę dostrzegania w sobie zazwyczaj niezauważanego dobra. A ponieważ we wspólnocie zdecydowanie raźniej się podróżuje – zapraszam do Pogłębiarkowej grupy, gdzie w specjalnym wątku możecie podzielić się swoimi odkryciami! Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Podróż w nieznane 

Sącząc ostatnio gorącą herbatę z dawno nie widzianym znajomym zeszliśmy na temat niezwykle wygodnego sformułowania. Wydaje się, że tłumaczy ono wszystko i ucina jakąkolwiek dyskusję. Brzmi ono: jesteś głupi! Jesteś głupia! Nasz mózg zazwyczaj bardzo szybko dokonuje ocen. Jest to przydatne gdy musimy stwierdzić, czy coś nam zagraża i jak — ewentualnie — powinniśmy zareagować. Przez lata rozwoju tworzymy schematy, które nie tylko pozwalają uporządkować nabytą wiedzę, lecz także przyspieszają przetwarzanie informacji. Małe dziecko będzie zadziwione krzesłem, dotknie go, będzie patrzeć, czy jest miękkie, czy twarde i czy da się je zjeść? Dorosły wejdzie do pokoju i usiądzie na krześle, by porozmawiać w komfortowych warunkach. Nie musi zastanawiać się, do czego służy ten przedziwny przedmiot z czterema nogami i oparciem, jakiego jest koloru czy z jakiego materiału jest wykonany. Uczenie się różnych umiejętności sprawia, że pojawia się w nas schematyczne postrzeganie sytuacji. Kiedy gotując oparzymy się, zazwyczaj potem już długo pamiętamy o tym, że garnek, w którym coś niedawno było gotowane, jest gorący. Dotykanie go bez rękawic czy ściereczki może grozić oparzeniem. Tak było, zanim się narodziliśmy, tak jest i dopóki ktoś nie zmieni stopu z którego robione są garnki to tak będzie. Czysta fizyka. Problem pojawia się w relacjach z drugim człowiekiem, w których jedyne co jest pewne, to zmienność. Zmienia się nasz nastrój, nasze doświadczenia. Mózg nieustająco przetwarza ogromne ilości danych, kształtując naszą świadomość i nasze wspomnienia. Liczne eksperymenty psychologiczne pokazują, jak to, w jaki sposób pamiętamy wydarzenia przeszłe zależne jest chociażby od nastroju czy od konstrukcji zadawanego pytania (wykorzystanych słów). Można wręcz u kogoś stworzyć przekonanie, że ma dane wspomnienie (np. zagubienia się w dzieciństwie w supermarkecie), choć w rzeczywistości takie wydarzenie nie miało miejsca. To zmienność, która rozmija się ze stałością praw panujących w otaczającym nas świecie materialnym. Nie raz kusiło mnie (i wciąż kusi), by określić ludzi, z którymi trudno mi jest się dogadać mianem „głupich”. Może by i to było zdrowsze dla mojej psychiki — wszak stan zadowolenia z siebie jest niezwykle przyjemny. Jest jednak we mnie pewien niepokój, który każe myśleć: może to ja nie mam racji? Może zaistniały inne okoliczności, których nie znam, a które wpływają znacząco na sytuację? Mogę stwierdzić, że niektórzy moi znajomi są głupi. A przecież powodów, dla których się nie dogadujemy, mogą być tysiące! Mogą po prostu przeżywać trudne chwile i nie mieć czasu na to, by zastanowić się nad wspólnymi relacjami. Mogą nie chcieć podtrzymywać kontaktu. Może w zupełnie inny sposób doświadczają rzeczywistości i tam, gdzie ja widzę trudności oni dochodzą do wniosku, że problemu nie ma. Może nie potrafią rozmawiać? A może po prostu dla nich priorytetem jest miłe spotkanie i dobra zabawa, a moje poszukiwanie wsparcia nie wpisuje się w ich schemat relacji? Mamy tendencję do stawiania tez i szukania argumentów na ich poparcie. A może warto pójść na wojnę z myślami? I zamiast znów zostać przy swojej perspektywie, stworzyć listę alternatywnych wyjaśnień, zadać pytania, które przeczą naszym teoriom. Mogę się trzymać tego, że moja racja jest „najmojsza”. Może jednak warto dać się porwać przygodzie odkrywania i budowania głębszych relacji z drugim człowiekiem? Przygodzie, która zaczyna się, gdy — jak Trzej Królowie — wybieramy się w nieznane. Wychodzimy w poszukiwaniu czegoś wykraczającego poza to, co do tej pory było w naszej głowie. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Śladami Odysa 

Mityczny Odyseusz przeprawiał się statkiem między dwoma straszliwymi potworami morskimi — Scyllą i Charybdą. Nasze życie również przypomina nieustającą przeprawę — slalom między oczekiwaniami, które inni mają wobec nas i tymi, które my mamy wobec siebie. Jako dzieci mamy być bezproblemowi. Cisi, nie sprawiający zbyt wiele kłopotu. Gdy zaczynamy edukację poza nienagannym zachowaniem oczekuje się od nas, że będziemy się uczyć — czasem zarówno szkoła, jak i rodzice naciskają na to, by spędzać więcej czasu w książkach. Wszystko po to, by w przyszłości osiągnąć wymarzony przez rodziców sukces. Znajomi, z którymi z upływem czasu zaczynają nas łączyć coraz bliższe więzy, oczekują z kolei naszego zaangażowania w życie towarzyskie. Z czasem beztroskie, ufne dzieci uwewnętrzniają stawiane im oczekiwania. Nie zawsze jednak przebiega to w sposób prawidłowy. I tak nasza podróż przebiega nie tylko między Scyllą i Charybdą, ale i masą innych „potworów”: oczekiwań rodziny, znajomych, osób które spotykamy w szkole czy pracy, a także naszych oczekiwań wobec siebie — oraz wyobrażonych oczekiwań, jakie — naszym zdaniem — mają wobec nas wspomniane osoby. Przy czym część tych oczekiwań jest jak najbardziej słuszna i prawdziwa. Inne z kolei wynikają z pragnień, marzeń czy systemu wartości napotkanych osób, które chcą byśmy myśleli i działali podobnie jak oni lub zgodnie z ich potrzebami. Pewne oczekiwania mogą być jak najbardziej słuszne i logiczne. Trudno się dziwić frustracji rodziców młodego człowieka, który spędza dzień z nosem w komórce, zamiast odrobić lekcje czy zająć się obowiązkami domowymi. Również zakładanie, że student będzie się uczył i podejmie pracę, nie budzi raczej buntu. W końcu każdy etap życia, każde powołanie wiąże się z pewnymi obowiązkami. Problemy zaczynają się, gdy drugi człowiek zaczyna nam coś narzucać. Czasem w dobrej wierze, czasem myśląc, że nie można żyć inaczej. Rodzicom się wydaje, że dzieci najlepiej będą realizować się w przyszłości w zawodzie prawnika czy lekarza. Bardziej towarzyscy znajomi wyciągają nas na siłę z domu, choć my marzymy tylko o tym, by usiąść z dobrą herbatą w jednej ręce i książką w drugiej. Bliżsi i dalsi krewni dziwią się, że zamiast szukać przyszłego małżonka robimy doktorat, albo — nie daj Boże! — rozeznajemy, czy małżeństwo to na pewno droga dla nas… Ci, których charakteryzuje większa odporność na to, co mówią inni, z uśmiechem powiedzą: moje życie, moje wybory. Nie każdy jednak ma w sobie dystans i siły, by stawiać odpór oczekiwaniom. Co wtedy? Warto wyciszyć się i zastanowić: kim jestem, kim chcę być, a czego oczekują ode mnie inni? Znając start i metę naszych zmagań możemy zacząć planować, w jaki sposób zbliżyć się do naszego osobistego celu, omijając pułapki naszych prób sprostania oczekiwaniom innych. Jakie są Twoje możliwości dziś? Jak możesz je zwiększyć? Co pomogło Ci wcześniej, w podobnych sytuacjach? Jakie manewry wykonasz, by ominąć potwory czyhające na morzu Twojego życia? Poszukaj ciszy — to w niej możesz usłyszeć nie tylko głos Boga, ale również głos samego siebie. Życzę Wam w nowym roku umiejętności znalezienia przestrzeni ciszy, jakże potrzebnej do stawiania sobie pytań i szukania odpowiedzi. I przy okazji dziękuję tym, z którymi spędziłam przełom roku w milczeniu, na rekolekcjach w Falenicy. Milczenie w Waszej obecności było czystą przyjemnością i przyniosło ogromną radość! Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Opatuleni w ciepły kocyk 

Święta za nami, zbliża się nowy rok. Zanim jednak mniej lub bardziej hucznie powitamy nowe, każdy z nas wróci choć raz myślami do wydarzeń minionego roku. Nadszedł czas podsumowań i czas robienia noworocznych postanowień. W zależności od badań można wyróżnić wiele czynników wpływających na to, czy wytrwamy w tym, co sobie obiecaliśmy. Jeśli cel jest zbyt trudy lub nie stanowi dla nas żadnego wyzwania, szanse jego porzucenia rosną. Jeśli cel jest długoterminowy (jak np. schudnięcie), a my nie poświęciliśmy czasu na jego rozsądne rozplanowanie, prawdopodobieństwo realizacji maleje. Wytrwałość zazwyczaj rośnie, gdy cel zapiszemy (niejako podpisując ze sobą kontrakt) lub opowiemy o nim innym – o ile ci „inni” będą nas w osiąganiu celu wspierać lub pytać, jak nam idzie? Jest jeszcze jeden, bardzo istotny czynnik, o którym często zdarza się nam zapominać. To nasze ciało, a dokładnie – właściwości układu nerwowego. Elaine Aron w książce „Wysoko wrażliwi – jak funkcjonować w świecie który nas przytłacza” podsumowuje lata badań nad temperamentem. Jej zdaniem, w społeczeństwie ok. 15-20% to osoby o wysoko wrażliwym układzie nerwowym. Są to ludzie, którzy dostrzegają więcej i inaczej przetwarzają bodźce. Ceną za to jest nadmierne obciążenie organizmu, które daje o sobie znać na wiele różnych sposobów. Biorąc pod uwagę wrażliwość układu nerwowego ci bardziej wrażliwi będą mieli tendencję do dłuższego planowania i rozmyślania nad alternatywami, ci z mniej wrażliwym układem będą preferowali działanie. Ci dążący do działania będą sobie stawiali zazwyczaj bardziej śmiałe na pierwszy rzut oka cele, dla „myślicieli” z kolei wyzwaniem może być wejście w bardzo dla nich stymulującą sytuację, jak np. pójście na imprezę – wyjście w nieznane miejsce, do nieznanych ludzi. W ostatnią niedzielę w medytacji szliśmy śladem Maryi, która porzuciła swoje plany, idąc za Bożym natchnieniem. Jej postawa skłoniła mnie do refleksji nie tylko nad tym, czym żyję w codzienności, jakie boje toczę, lecz także nad tym, na ile daję sobie prawo do zmiany planów, przestrzeń do tego, by dać się zaskoczyć. Zmiana nie zawsze idzie w kierunku od osiadłego egzystencjalnie koralowca do Bożego aktywisty. Czasem Bóg zaprasza do tego, by się zatrzymać. Albo zrobić coś w inny sposób, niż dotychczas. Warto również pamiętać, że wykraczanie poza siebie jest piękne, ale jest wyzwaniem, po którym potrzebujemy zazwyczaj nieco zwolnić. Usiąść z miękkimi kapciami na nogach, herbatą w rękach, opatulonym w ciepły kocyk. Nawet, jeśli lubimy przeżywać przygody – przychodzi moment, gdy potrzebujemy po prostu odpocząć. A Ty, na jakim etapie swojej drogi jesteś? Czy masz już ustalone cele? Może Bóg wzywa Cię do działania, innego niż takie, którego byś się po sobie spodziewał? A może przyszedł czas, byś najzwyczajniej w świecie znalazła/znalazł chwilę dla siebie? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Najlepszy Mentor na świecie 

Pomyśl o kimś, kto mocno wpłynął na Twoje życie. Kogo podziwiasz? Kto jest dla Ciebie inspiracją? Kto pomaga Ci odnaleźć się w codzienności? Prawdopodobnie ta osoba jest dla Ciebie teraz mentorem — kimś, kto wspiera Cię w odnajdywaniu Twojej życiowej drogi bądź w wytrwałym dążeniu do postawionych celów. Każda droga jest inna, każda wymaga wykorzystania nieco innych środków. Mamy różne potrzeby. Dlatego też na różnych etapach życia będziemy potrzebować wsparcia innych mentorów. Niektórzy potrzebują kogoś, kto będzie rządził twardą ręką, „żelazną rózgą” (por. Ap 12,5), inni — raczej łagodnej zachęty i wsparcia. Kogoś, kto „nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku” (Iz 42,5) Patrząc na swoje doświadczenie współpracy z mentorami widzę, jak bardzo ważne są dwa aspekty współpracy — to, w jaki sposób postrzegamy formowanie celu i wybór środków do ich osiągnięcia oraz to, w jaki sposób nasz mentor patrzy na nas i na nasze możliwości. Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę, gdy nie wiemy, co robić, albo pragniemy spełniać oczekiwania innych ludzi, zazwyczaj szukając ich akceptacji. Porzucamy wtedy refleksję nad własnymi marzeniami, zamiarami, potrzebami. Wraz z tym w parze często idzie przerzucenie odpowiedzialności na kogoś, kto doradza. Dopóki i my, i nasz „mentor” jesteśmy zadowoleni, problem wydaje się nie istnieć. Schody zaczynają się w momencie, gdy narzucone nam zadania przestają sprawiać satysfakcję, albo gdy są zupełnie niedopasowane do naszych możliwości. Wtedy łatwo o frustrację i wzajemne oskarżenia. Nie raz spotkałam się z przekonaniem, że Bóg ma ustalony dla nas z góry plan, od którego wykonania zależy nasza wieczna szczęśliwość. Jako ludzie zdający sobie sprawę z niepewności, którą niesie codzienność czujemy się bezpiecznie w schematach, choć zbyt sztywne trzymanie się ich nie służy rozwojowi. Takie podejście z perspektywy odgórnie narzuconego planu może sprawić, że poczujemy się zwolnieni z myślenia, z rozeznawania. A przecież „wiatr wieje tam, gdzie chce” (por. J 3,8). Bóg lubi zaskakiwać. Z kolei w Liście do Galatów czytamy, że „ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1). Jednym z wyznaczników dojrzałości jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i wybory. Nie jest to proste — ale w tym między innymi objawia się nasza wolność. Bóg niczego nie narzuca, lecz zaprasza do współpracy. Drugim, bardzo istotnym elementem, jest to, co w nas widzi nasz „przewodnik”. Badania pokazują, że dostrzeżenie dobra w drugim człowieku potrafi wydobyć z niego to, co najlepsze. Dzieci karcone za nieporządek w klasie owszem, sprzątały częściej (wzrost z 15% do 40% śmieci trafiających do kosza). Na uwagę jednak zasługuje fakt, że dzieci chwalone za utrzymanie porządku w sali wrzucały do kosza dwa razy więcej śmieci niż te karcone, a efekt utrzymywał się dłużej niż w pierwszym przypadku. Kiedy ktoś dostrzega w nas dobro to nawet, jeśli wydaje się nam, że nie zasługujemy na taką opinię, zaczynamy działać — chcąc „dorosnąć” do tej dobrej opinii. Dostrzeżenie w życiu duchowym, że największą zachętą do zmiany jest bezgraniczna Boża miłość, potrafi dać niesamowitą motywację, by coś zrobić. Drugi człowiek nie zawsze zobaczy potencjał, który w nas tkwi. Bóg z kolei nieustannie przypomina nam o tym, że złożył w nas wiele darów. Jezus widzi w nas dobro. Co konkretnie oznacza to dla Ciebie, w Twoim życiu? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Serce czy rozum? 

Po lekturze powieści o świętym Franciszku Ksawerym pióra Louisa de Wohla nie mogę uwolnić się od jednego obrazu: Franciszka, który bardzo pragnie popłynąć do Indii. Pomimo to — według interpretacji autora — nie mówi o tym świętemu Ignacemu. Realizację swych pragnień pozostawia Bogu, wierząc, że jeśli On jest ich źródłem, to pomoże również w ich realizacji. Zdarza się, że czekamy, aż Bóg objawi nam swoją wolę. Szukamy Jego znaków w codzienności. Próbujemy wyciągnąć od Niego jakieś informacje, angażując się mocniej w modlitwę osobistą. A Bóg zostawia nas z jednym pytaniem: czy wiesz, co się dzieje w Twojej głowie i w Twoim sercu? Psychologia proponuje wiele narzędzi, które można wykorzystać, by poszukać tego, co jest dla nas w życiu ważne. Czasem na wykładach śmieję się, że święty Ignacy ubiegł coachów i terapeutów o kilka wieków, proponując swoje zasady rozeznawania. Tworzenie listy plusów i minusów przy dokonywaniu trudnego dla nas wyboru czy ćwiczenie z wyobrażeniem sobie własnej śmierci nie są obce współczesnym psychologom. Nieco mniej drastycznym od tego drugiego, ale również dającym do myślenia jest ćwiczenie, w którym spoglądamy na frapującą nas dzisiaj sprawę z perspektywy pięciu czy dziesięciu lat. Już taki okres wystarczy, by zobaczyć dzisiejsze problemy zupełnie inaczej. Propozycja świętego Ignacego ma jednak jedną, zasadniczą zaletę. Śmierć jest czymś nieodwracalnym. Wydarzeniem, po którym nie możemy zmienić już nic. Gdy wiemy, że nie mamy już na coś absolutnie żadnego wpływu, nie możemy już nic zmienić ani poprawić, emocje zazwyczaj opadają. Można przystąpić do chłodnej analizy tego, co miało (bądź może mieć) miejsce. Jednak jest jeszcze serce, postrzegane zazwyczaj jako źródło emocji. Ta druga strona medalu, której również należy się przyjrzeć uważnie. W zależności od sytuacji, od treści przekazu, od naszego zainteresowania wydarzeniami wybieramy (często nieświadomie) podejście rozumowe lub oparte o odczucia. Korzystają z tego na co dzień chociażby specjaliści od marketingu, próbując obudzić w potencjalnym kliencie emocje, tak, by zakupił odpowiedni produkt. W procesie podejmowania decyzji emocje mogą być wywoływane przez ludzi, z którymi się spotykam i ich opinie. Radę otrzymaną od rodziców potraktuję zupełnie inaczej niż słowo człowieka spotkanego przypadkowo na spacerze. Mając świadomość źródeł moich emocji oraz umiejąc konkretnie określić, jakie emocje mi towarzyszą, jestem w stanie nakreślić tło dla podejmowanych przeze mnie decyzji. Dla każdego z nas to tło będzie wyglądało inaczej. Mamy inne doświadczenia, inne wartości są dla nas ważne, różnimy się w poziomie samooceny, pewności siebie czy chęci dokonywania zmian. Dlatego też czasem tak trudno zadecydować, szczególnie, gdy dana decyzja (np. o wyborze studiów, współmałżonka, a może drogi konsekrowanej) zaważy w konkretny sposób na całym życiu. Im lepiej przyjrzymy się danej sytuacji, im więcej za i przeciw rozumu i serca dostrzeżemy, tym lepiej będziemy przygotowani. Zobacz, co jest istotne dla Twojego rozumu? Co podpowiada Ci serce? Często dopiero mając świadomość tego, co zaprząta myśli i budzi emocje możemy nabrać dystansu potrzebnego do tego, by usłyszeć, co w danej sytuacji ma nam do powiedzenia Bóg. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Sztuka podejmowania decyzji 

Ociężałe serce może mieć różne oblicza: wygody i przyzwyczajenia, czasem lęku, z którym boimy się skonfrontować. Innym znów razem u podłoża problemu mogą leżeć trudności z podjęciem decyzji. Zacznijmy od wygody. Od ciepłego koca i kanapy, na której możemy spędzać zimowe wieczory z ciepłym kubkiem herbaty. Czasem nasza ociężałość wynika z tego, że – spoglądając na własne życie – mamy wrażenie, że wystarczająco wiele spraw układa się po naszej myśli. W tej sytuacji łatwo jest uwierzyć w fenomen sprawiedliwego świata, znany bardzo dobrze w świecie Starego Testamentu – złe rzeczy przytrafiają się złym ludziom, dobrzy zaś mogą cieszyć się spokojem. Skoro zaś jestem dobra/dobry, nie muszę nic zmieniać. Ponoć do wszystkiego można się przyzwyczaić. Rzeczywiście, w wielu sytuacjach z czasem adaptujemy się. Do rzeczy neutralnych, jak wcześniejsze wstawanie do nowej pracy czy zmiana sklepu, w którym robimy codzienne zakupy. Do rzeczy dobrych — co widać szczególnie po powrocie z urlopu, gdy trudno jest nam wdrożyć się ponownie w rytm pracy. Niestety potrafimy się przyzwyczaić również do tego, co nam szkodzi. Niekończące się kłótnie, toksyczne relacje, nawiązywane z ludźmi, których powinniśmy unikać, zarzucanie się obowiązkami i chroniczny brak czasu na odpoczynek. Często możemy nawet nie zdawać sobie sprawy z emocjonalnego obciążenia, które towarzyszy nam na co dzień. Nie wiedząc i nie wierząc, że może być inaczej, tkwimy w szkodliwym układzie. Istotną rolę może odgrywać lęk przed nieznanym, a zwłaszcza przed tym, że jakakolwiek zmiana może przynieść zmiany nie na lepsze, lecz na gorsze. Amerykański psycholog Barry Schwartz mówi o spadającej zdolności człowieka do podejmowania decyzji. Proces decyzyjny zajmuje nam więcej czasu, a jego wynik przynosi mniej satysfakcji. Dzieje się tak, ponieważ życie w krajach pierwszego (a coraz częściej również drugiego) świata daje nam coraz więcej możliwości wyboru. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu panowała zdecydowanie większa stabilizacja, normy społeczne podpowiadały, kiedy należy wyjść za mąż czy ożenić się, kiedy powinny pojawić się dzieci. W Polsce w niektórych zakładach pracy wciąż jeszcze pracują ludzie, którzy kiedyś wybrali jeden konkretny zawód i pracują w nim do emerytury, w tym samym miejscu pracy. Tego typu stabilizacja wydaje się być współcześnie niemożliwa — a za tym idą wybory. Dziesiątki decyzji: czy teraz jest czas na karierę, czy na męża i dzieci? Jednak nie tylko takie decyzje nas zajmują. Rozwój wolnego rynku i dostęp do ogromnej liczby dóbr staje się, zdaniem Schwartza, powodem naszego wiecznego niezadowolenia, a wręcz nieszczęścia. Z im większej liczby opcji wybieramy, tym bardziej jesteśmy niezadowoleni potem z naszych wyborów. W końcu zamiast skończyć psychologię, mogliśmy pójść na informatykę, prawo, politologię, anglistykę — a nuż byłoby nam w życiu lepiej? Zamiast kupić pizzę pepperoni, mogliśmy wziąć margeritę, hawajską, z bekonem, może byłaby smaczniejsza? A co z hobby? Lepiej iść na basen, szermierkę, wspinać się na ściance czy zainwestować w zajęcia fitness? Może kiedyś od przybytku głowa nie bolała — teraz potrafimy odsuwać decyzję w czasie, nie potrafiąc wybrać, w co chcemy się zaangażować. Zanim zaczniesz walczyć z ociężałym sercem, zobacz, w jakim momencie życia jesteś. Pomyśl, co jest dla Ciebie ważne w życiu? Co chcesz, by było ważne? Do czego dążysz, jaki masz cel? Te „wielkie” pytania o sprawy najważniejsze pozwolą Ci zorientować się, w którą stronę w ogóle chcesz podążać. Kiedy już zyskasz świadomość celu, łatwiej będzie Ci określić środki, jakie możesz wykorzystać do jego osiągnięcia. Liczba opcji będzie mniejsza, a to niewątpliwie ułatwi wybór. Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał

Prawo do bycia człowiekiem 

Lęk, z punktu widzenia ewolucji, pełni w życiu człowieka niezwykle istotną funkcję. Ma nas uchronić przed popełnieniem błędów, które mogą kosztować nas życie. Boimy się wpaść pod samochód, więc rozglądamy się, zanim wejdziemy na pasy. Boimy się, że napotkany w lesie wąż może nas ukąsić, więc nie podchodzimy do niego i go nie głaszczemy, tylko staramy się pospiesznie oddalić, dla dobra własnego oraz przerażonego nami zwierzaka. Lęk zazwyczaj sprawia, że podejmujemy pewne działania, które mają zapobiec niepożądanym konsekwencjom. Jednak samo przetrwanie to nie tylko kwestia unikania rozpędzonego samochodu czy mniej lub bardziej jadowitych węży. To również utrzymanie się w pracy i lęk, że mogę stracić jedyne źródło dochodu; lęk w relacji, gdy czuję, że coś zaczyna się sypać, a nie chcę znów być samotna; lęk o zdrowie czy życie chorujących bliskich. W codzienności pojawia się wiele sytuacji, które mogą w nas budzić uzasadniony lęk.

Psychologia wyróżnia wiele mechanizmów, które chronią nasze myślenie przed grozą dnia codziennego. Pomagają myśleć o sobie w lepszy sposób; tak, by nasza dobra samoocena wspierała nas w codziennych trudach. Dlatego też nawet mając twarde statystyki, że (w przypadku Amerykanów), co drugie małżeństwo rozpada się, będziemy myśleć — nas to nie dotknie. Kiedy osiągniemy sukces, przypiszemy go sobie, porażkę zaś zrzucimy na zewnętrzne czynniki (nie wyspałam się, sąsiad mnie zezłościł itp.). Postrzegamy siebie jako lepszych od innych, a nasze zalety — jako wybijające się zdecydowanie ponad średnią . Choć statystyki są nieubłagane. Jeśli 70% badanych uważa, że z ich umiejętnościami przywódczymi plasują się wśród najlepszych 25%, to (zakładając nawet, że część z tych osób ma rację) co z pozostałymi 45% badanych żyjącymi w poczuciu, że są lepsi — choć obiektywnie patrząc lepsi nie są? Warto pamiętać o tym, że nasz mózg — czy tego chcemy, czy nie — będzie nas próbował zatrzymać przy pozytywnym postrzeganiu siebie. Patrzeniu z perspektywy: nawet jeśli jest ze mną źle, to lepiej skoncentrować się na tym, co dobre. Dzięki temu będę mieć lepszy humor, by wstać kolejnego dnia i dalej zmagać się z codziennością.

Przyglądając się lękowi z perspektywy wiary dochodzę do wniosku, że największy lęk budzi we mnie perspektywa zobaczenia siebie taką, jaką jestem. Codziennie wieczorem zmywam makijaż i widzę swoją twarz bez dodatków, które mają podkreślić urodę. Co może się stać, jeśli zrobię to samo z moim duchowym wizerunkiem i zdejmę te pieczołowicie nakładane przez dni czy lata warstwy pudru?

Niechęć do zdjęcia noszonych na co dzień masek może wynikać z tego, że nie chcemy konfrontować się z taką informacją, która nie jest przez nas pożądana. Chcemy widzieć siebie jako tych wspaniałych, a nie — słabych, mających wady. Spóźniających się, nieuważnych, ospałych w pracy. Po pierwsze: dlatego, że mogłoby to naruszyć naszą samoocenę. Po drugie: ponieważ mogłoby się (nie daj Boże!) okazać, że możemy z tym coś zrobić. Dopiero gdy nazwiemy dany lęk, możemy podjąć działanie mające na celu oswojenie się z nim i ewentualnie jego wyeliminowanie. Dopiero gdy nazwiemy nasze wady, możemy zacząć nad nimi pracować.

Ostatnio powiedziałam znajomemu księdzu, że nie potrafię pozwolić Bogu być Bogiem w moim życiu. Że zamykam się na Jego działanie. W odpowiedzi usłyszałam — zanim pozwolisz Bogu być Bogiem, pozwól sobie być człowiekiem. Gdy wreszcie opadną maski, a my oswoimy się ze swoim człowieczeństwem, spojrzymy na siebie zdecydowanie łaskawiej, wiedząc, że nie musimy wszystkiego. Nie jesteśmy bogami, nie mamy władzy nad wszystkim. My działamy na naszym poletku, a Bóg zajmuje się resztą — tak, by nie brakowało nam niczego, czego naprawdę potrzebujemy. Jest to świadomość wyzwalająca w życiu wiary, choć w codzienności wolimy mieć poczucie kontroli. A może największym problemem nie są nasze maski czy mechanizmy, które zapewniają nam w głowie dobre samopoczucie, ale właśnie świadomość, że moglibyśmy pozwolić komuś innemu „zamieszać” w naszym życiu?

Może to, czego najbardziej się boję, to wcale nie są zmiany, które i tak są nieuchronne, ale to, że ktoś inny mógłby mieć na nie większy wpływ niż ja? A jeszcze jeśli jest to Ktoś, Kogo nie jestem w stanie objąć swoim rozumem, Kto działa w sposób nieschematyczny, dostosowany do osobistych możliwości każdego z nas? To może budzić przerażenie, dopóki nie zdam sobie sprawy, że nie jestem Stwórcą, lecz Stworzeniem. Stworzonym na Jego obraz i podobieństwo, ale jednak z nieco mniejszymi możliwościami. Jak myślisz, co może się stać gdy dasz sobie prawo do bycia człowiekiem? Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał