Gdzie jest Twój dom? 

Dom zazwyczaj kojarzy się nam z miejscem. W zależności od okoliczności jest tam przytulnie albo strasznie; chcemy tam wracać bądź stamtąd uciekamy, im dalej tym lepiej. Dom ma określony adres i chcemy w nim widzieć konkretnych ludzi. Gdy czujemy, że nie mamy domu, nawet jeśli fizycznie mamy gdzie spać, w życie wkrada się bezsens.
 

Można nie mieć domu na różne sposoby. Przeprowadzając się do innego miasta można mieć poczucie bycia wyrwanym z korzeniami. Wiedząc, że wynajmuje się pokój czy mieszkanie, można czuć nieustającą tymczasowość. Los czasem rzuca nas z miejsca na miejsce. W jednym jesteśmy nieco krócej, w innym może nawet zagrzejemy miejsce na trochę dłużej. Ostatecznie kwestia domu rozbija się o ilość spakowanych na koniec kartonów i konieczność wynajęcia (bądź nie) firmy przeprowadzkowej. Nowi współlokatorzy, nowe meble, nowe rozwiązania, stare problemy.

Można też wracać do mieszkania, ale czuć się obcym. Nie mieć o czym porozmawiać z własną rodziną, bądź nie mieć jej wcale. Albo mieć i nie mieć. Fizycznie mieć z kim porozmawiać, ale czuć się tak bardzo oddzielonym. Przez własne myśli, doświadczenia. Czuć ogrom niezrozumienia. Nie zawsze dlatego, że ktoś nie chce. Często dlatego, że nie potrafi, nie ma narzędzi, by się z nami porozumieć. Sami często nie potrafimy się porozumiewać, gdy w grę wchodzą rzeczy dla nas ważne.

I tak lądujemy tam, gdzie się przeprowadzam. Gdzie na łóżku składającym się z trzech kołder i kawałka gąbki czuję się, jak u siebie w domu. Mój dom jest również tu, gdzie teraz piszę ten tekst — tu akurat śpię na materacu, mam ogromny bałagan i Babcię, która właśnie choruje. Jest jeszcze dom rodzinny, gdzie wciąż zawsze mogę zawitać i gdzie wciąż jest wiele moich rzeczy.

To jest mój dom nie dlatego, że są tu określone osoby. Że są określone rzeczy. Że jest pewna atmosfera (bądź jej nie ma). Gdy wyjechałam do Wielkiej Brytanii i mieszkałam w benedyktyńskim klasztorze też czułam się jak w domu. Podobnie jak u otwartej na gości pani Irenki w Londynie, w Loretto koło Wyszkowa czy w Tyńcu, gdzie czasem znikam odpocząć.

Nie było tak zawsze. Bo dla mnie dom musiał mieć określony metraż, ludzi, z którymi zawsze mogę się dogadać, przytulne firanki — zazdrostki i rolety (bez karniszy, proszę!). Aż wreszcie przyszedł moment, gdy odkryłam, że to wszystko to są narzędzia. Na zewnątrz szukam tego, co chciałabym mieć w środku. Akceptację. Spokój. Obecność. Troskę. I szukam ludzi, którzy sobą zalepią moje rany, pokonają moje trudności.

Do pewnego momentu szukamy domu na zewnątrz. Odpowiednie miejsce, odpowiedni wystrój. Potem zaczynamy opierać się na ludziach — budujemy i umacniamy relacje. Gdzieś na tej trasie nie raz pojawia się możliwość by odkryć, że najwięcej zależy od nas samych. Od tego, czy czujemy się dobrze nie w danym miejscu, nie z innymi — choć to też ważne — lecz ze sobą samym.

Jeśli tak jest, to gdziekolwiek pójdziemy, będziemy się czuć „jak u siebie w domu”. To, co na zewnątrz, nie będzie już aż tak ważne.

Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:

Udostępnij: