Nic na siłę 

Z jednej strony psychologowie ostatnimi czasy dużo mówią o eksperymentowaniu, szukaniu nowych wrażeń, w skrócie – o wychodzeniu poza strefę własnego komfortu. Z drugiej istnieje taka grupa specjalistów, która torpeduje pomysły osób żądnych wrażeń mówiąc, że po to mamy tę strefę komfortu, by się nie pakować w kłopoty i nie robić czegoś wbrew sobie. I jak często bywa w psychologii, rację mają… obie strony. Ale kiedy właściwe jest wykraczanie poza własne ograniczenia, a kiedy warto schować się i przeczekać bezpiecznie nadchodzącą życiową burzę? Wszystko zależy od kontekstu. Ze strefą komfortu jest trochę jak z prowadzeniem samochodu w różnych warunkach atmosferycznych. Może być tak, że mamy piękny, słoneczny, bezwietrzny dzień. Jadąc w taki dzień autostradą możemy spokojnie dobić do tych przepisowych 140 km/h, o ile oczywiście pozwala na to natężenie ruchu. Z kolei w środku śnieżnej zimy, w trakcie zamieci, gdy widoczność jest bardzo ograniczona, na tej samej autostradzie jazda 70 km/h może być zbyt szybka. Dużo zależy od warunków, w jakich funkcjonujemy. Jeśli postrzegane przez nas warunki dają przestrzeń do rozwoju, praca nad sobą nie będzie stanowiła problemu. W sytuacji, gdy czujemy się zagrożeni, będziemy raczej nastawieni na przetrwanie. Dla każdego warunki będą inne – w zależności od nastroju, okoliczności, etapu życia. Jeszcze kilka lat temu czułam się mocno przytłoczona tym, co działo się w moim życiu; sytuacja zniechęcała mnie do jakichkolwiek prób walki o swoją przyszłość. Dziś mam co prawda inne problemy, ale są równie przytłaczające jak te, których doświadczałam wcześniej. Coś jednak się zmieniło w tym psychologicznym krajobrazie, ponieważ walczę jak lwica o to, by jednak wyjść na prostą. Co takiego zmieniło się, że mimo trudności teraz podjęłam zmagania? Takimi czynnikami, które potrafią otworzyć człowieka na zmianę, są: akceptacja siebie samego i szczerość. Jeśli akceptuję siebie w tym momencie życia, w jakim jestem, nie będę torpedować własnych działań, nie będę sobie wyrzucać błędów z przeszłości, tylko przyjrzę się temu, co mi kiedyś pomogło, co było dobre, a co można zmienić, by osiągnąć cel. Z kolei kiedy jestem w stanie przyjąć, że mam na koncie różne decyzje – i te mądre, i te nienajmądrzejsze – mogę zdobyć się na szczerość. Na nazwanie tego, co siedzi we mnie tu i teraz. Jeśli się czegoś boję, to powiem sobie: jest we mnie strach. Przyznam się przed sobą, że popełniłam głupotę, zwlekając z podjęciem pewnych działań. Że w konkretnej sytuacji zwlekałam, ponieważ kierował mną brak zaufania do Boga, że gdy ja zrobię swoją część, to On wesprze moje działania swoją łaską. To wszystko jest… ludzkie. Normalne. Tak samo, jak „ludzki” i „normalny” jest wzrost duchowy. Gdy nazwę rzeczy po imieniu, to nie zamiatam ich pod dywan, tylko współpracując z Bogiem szukam rozwiązań. To może trochę potrwać. Mogę potrzebować czasu, może się okazać, że muszę pokonać pewną drogę, czegoś się nauczyć by zmierzyć się z sytuacją, która mnie przeraża. Z jednej strony warto pamiętać o podejściu: „nic na siłę”. Z drugiej warto jednak szukać szczerości wobec siebie by zorientować się, czy rzeczywiście kieruje nami lęk, niepewność, obawiamy się pewnych trudności, czy… może po prostu dobrze jest nam tak, jak jest, i wcale nie potrzebujemy zmiany?Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał