Sztuka wyboru własnych bitew 

Żyjemy w wielkim kłamstwie, które ma ogromne skutki psychologiczne. Tym kłamstwem jest wszechobecne nastawienie na sukces. Nie kto inny, tylko Ty musisz być zwycięzcą! Ty i nikt inny. W końcu zwycięzca jest tylko jeden, a jak czasem mawiają w sporcie — zdobyty srebrny medal to stracony złoty…
 
Samo w sobie nastawienie na sukces nie jest złe, o ile mierzone jest w odpowiedni sposób. Jeśli porównujemy się do innych, możemy łatwo wpaść w pułapkę wiecznego niezadowolenia. Podobnie, jeśli porównujemy się do siebie z przeszłości lub szukamy podobieństw do wydumanego ideału siebie. Patrzenie w ten sposób sprawia, że co prawda innych zostawiamy w spokoju (w końcu nie są naszym punktem odniesienia), lecz sami kręcimy się mocno wokół siebie, zaburzając swoją perspektywę. Patrząc na innych, łatwo wpaść w zawiść, patrząc na siebie — w przymus kontroli wszystkiego w drodze dążenia do ideału.
 
Niezależnie od punktu odniesienia (my lub inni), w pewnym momencie zaczynamy mimowolnie wierzyć, że sukces osiągniemy wtedy, gdy będziemy zawsze wygrywać mniejsze i większe wojny, które toczymy. Walka o podwyżkę, o lepsze miejsce parkingowe, o większą zniżkę na zakupach, o to, by mieć rację w dyskusji. Wychodząc z założenia, że „nam się należy”, angażujemy się w wielkie batalie — nie zauważając, że niepostrzeżenie walka staje się naszym życiowym motywem. Już nie miłość, lecz walka o to, co mam lub co mogę posiadać, a do czego dostępu mi bronią — w moim mniemaniu — inni ludzie. Walczymy, a gdy przegrywamy, zamartwiamy się jeszcze bardziej.
 
Gdybyśmy tak na chwilę stanęli, może okazałoby się, że to, o co walczymy, nie jest aż tak ważne? Że nie musimy szukać swojej wartości w tym, że komuś dogadamy, że zaparkujemy dwa metry bliżej sklepu, że wyprzedzimy wolniej jadącego samochodem emeryta. To, co robimy, często sprowadza się do poczucia własnej wartości, a właściwie — osadzenia go w rzeczywistości tego, co robimy, albo czego nie robimy.
 
Nawet w najgorszym człowieku na świecie tkwi potencjał dobra, podobnie, jak najlepszy człowiek nie może być pewien do końca, że nie pobłądzi. Gdyby Bogu zależało na tym, byśmy idealnie wypełniali wszystkie przykazania, nikt z nas nie wszedłby do Królestwa Niebieskiego. Osadzanie poczucia własnej wartości na tym, czy wygrywam, czy przegrywam — czy to w pracy czy w domu, w życiu religijnym czy innym — ostatecznie prowadzi do zatrzymania się na narzędziach, zamiast skupienia na ich Dawcy.
 
Można koncentrować się na innych owcach, na tym, co powinny zrobić, a czego powinny unikać; na tym, by ubiec je w wyścigu o lepszą trawę, by zjeść najwięcej trawy w miesiącu, by być najbliżej Pasterza w nocy w owczarni. Można koncentrować się na sobie, na tym, co ja robię, jak mnie widzą inne owce, jak ja widzę siebie. A można patrzeć na Pasterza.
 
Spojrzenie na Niego sprawia, że dajemy się przemieniać i odpuszczamy wiele bitew. Mądrzej angażujemy swoją energię wiedząc, że nie każdą bitwę wygramy, mało tego, w wiele z nich nie warto się angażować. Jeśli wiem, że jestem ważna dla Pasterza, to przestaję szukać gorączkowo potwierdzeń w codzienności. Jeśli wiem, że On o mnie zadba, przestaję zażarcie walczyć o wszystko.
 
To wycofanie się daje przestrzeń do działania Bogu. I zaczynamy wybierać tylko te bitwy, do których On nas zaprasza, przez które chce nam coś pokazać albo czegoś nas nauczyć.
 
Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:

Udostępnij: