Zawracanie kijem Wisły 

Usłyszałam kiedyś w jednym z klasztorów przypowieść o człowieku, który nie wiedział, co ma w życiu robić. Doszedł do ściany, miał poczucie, że już nic nie może zmienić. Dostał zadanie — zawrócić kijem Wisłę. Zadanie bezsensowne, wręcz głupie. A zarazem najlepsze, jakie mógł dostać. Kto miał kiedyś złamaną kończynę bądź przeszedł operację wie, jak „przyjemna” jest rehabilitacja czy powrót do zdrowia. Z jednej strony organizm potrzebuje odpoczynku, z drugiej — należy stosunkowo szybko zacząć wychodzić z łóżka. Ćwiczyć na miarę możliwości. Łóżeczko i ciepła kołderka przyjemnie przyzywa, ale rozsądek nakazuje uruchamiać ciało, które często ma w sobie zasoby potrzebne do regeneracji, do zdrowienia — o ile mądrze je wykorzystamy. Podobnie działa ludzka psychika. Mamy w sobie siłę, ale dopóki jej nie uruchamiamy, nie korzystamy z niej, nie zdajemy sobie z tego sprawy. Gdy zaczynamy coś zmieniać, idzie opornie, często nasze postanowienia kończą się niepowodzeniem. A przecież nie ma aż tak dużej różnicy między ćwiczeniem chodzenia po zdjęciu gipsu i ćwiczeniem silnej woli w odpuszczeniu oglądania telewizji na czas wielkiego postu. To, co zdaje się być znaczącym czynnikiem, to postrzegana przydatność danej umiejętności. Kiedy przestajemy chodzić, od razu odczuwamy, że czegoś nam brakuje. Zrobienie sobie śniadania, umycie się, wyjście z domu nagle wymagają wsparcia drugiego człowieka. W przypadku odstawienia telewizji może nam się wydawać, że jej obecność czy brak nic nie zmienia. Wciąż chodzimy, wciąż żyjemy. Jeżeli nie widać różnicy, to po co się spinać? Różnica dostrzegalna jest dopiero z perspektywy czasu, gdy przebijemy się przez mur nieprzyjemnych doświadczeń. Przy złamanej nodze wiemy, że celem jest odzyskanie sprawności i robimy, co w naszej mocy, by ją odzyskać. W dziedzinie wyzwań psychicznych czy duchowych zazwyczaj trudno jest nam uwierzyć, że może być lepiej — zazwyczaj brakuje nam doświadczenia „lepszego życia” czy „pełni zdrowia”, do którego moglibyśmy się odwołać. Aby podjąć działanie, potrzebujemy poczucia, że przyniesie ono rzeczywistą zmianę. Jednak to poczucie prędzej można umieścić w sferze wiary niż pewności. Idziemy po omacku, czasem nawet nie wiedząc, po czym poznamy, że pożądana zmiana nastąpiła. Szukamy ogólnego lepszego samopoczucia. Istnieją sposoby precyzowania oczekiwań i celów, ale zdają się one być niepewne i pracochłonne, a my zazwyczaj nie mamy nawyku pracy nad osobistą zmianą. Być może właśnie ta niepewność i niejednoznaczność życia psychicznego i duchowego sprawia, że czekamy na cud. Bo w sferze ducha nie działają zasady świata fizyki. Może się okazać, że zmiana będzie wymagała większego nakładu sił, innym znów razem przyjdzie wręcz niespodziewanie, jakby „od niechcenia”. Takie duchowe zmagania zdecydowanie różnią się od treningów czy rehabilitacji, w której mamy więcej pewności: wykonywanie danych ćwiczeń wzmocni konkretne mięśnie, przy konkretnym harmonogramie ćwiczeń można uzyskać wzrost masy mięśniowej. Nasze zmagania w sferze ducha początkowo mogą przypominać zawracaniem kijem Wisły. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie robił. No bo jak zawrócić masy wody, przepływające każdego dnia? A jednak jest w tym mądrość podjęcia działania, jakiegokolwiek, byle nie zostać w miejscu. Byle nie zrezygnować z walki. Najgorsze, co można zrobić, to zrezygnować. Dopiero w działaniu możemy zobaczyć, co przynosi nam korzyść, a czego należy unikać. Dopiero doświadczając porażek, możemy się czegoś nauczyć. Dopiero w ogniu walki możemy zobaczyć, jak wiele w nas jest siły, jak wiele możemy przetrwać, znieść, odpuścić — by dojść do celu. Duchowy wzrost pojawia się tam, gdzie jest konkretna, zwykła, codzienna praca. Nie czekaj na cud, bo same z siebie rzadko się pojawiają. Wejdź w zmagania, by dać Bogu przestrzeń do uczynienia cudu! Magdalena Sędkiewicz

Bądź na bieżąco 

Jeśli chcesz wiedzieć o najnowszych materiałach, które pojawiają się u nas i nie przegapić kolejnych transmisji, to koniecznie:


Polub nas


Subskrybuj kanał